HISTORIA
Chcesz być informowany o nowościach?
Żyję.
sobota, 21 marca 2009, 21:16:16
Kochani, trudno jest to pisać, ale odchodzę. Może na tydzień, może na zawsze. Nie mam ochoty ani czasu, aby prowadzić tego bloga.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.
Pozdrawiam i dziękuję.
Alventine
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(0) skomentuj
Szczęśliwe... zakończenie?
poniedziałek, 26 maja 2008, 21:05:15
Szczęśliwe...
zakończenie?
Dużo myśleli o przyszłości w przeszłości. Małżeństwo, dzieci, wtedy odległe plany, dziś spełniające się marzenia. Wszystko kręciło się wokół jednego: by przeżyć kolejny dzień. Nie liczyło się jak, ale ile. Teraz w końcu mieli czas dla siebie. Wróg osłabiony, a oni wzmocnieni. Wszystko pędziło w dobrym kierunku, nie rozglądając się dookoła. Lily spędzała mnóstwo czasu z Hermioną, udzielając jej jak najlepszych rad w doborze wyprawki dla dziecka. James pomagał synowi w doborze odpowiednich zajęć, by się ten nie przemęczył zbytnim nawałem pracy, której teraz w Ministerstwie było coraz więcej. Przede wszystkim trzeba było zatuszować nagłe pojawienie się kilkunastu ludzi w świecie czarodziejów. Państwo Potterowie żyli ciągle oblegani przez dziennikarzy. Trudno im było się swobodnie poruszać po ulicach, gdy nagle wyskakiwał jakiś czarodziej z prośbą o wywiad. Dla wszystkich otaczających przyjaciół i rodzinę Harry'ego były to trudne czasy.
Siedzieli właśnie wszyscy czworo w salonie. Dorcas z Syriuszem gdzieś wyszli (Lily podejrzewała, że na randkę), a Hermiona z Mischelle poszły do dziecięcego pokoju na piętrze, by ułożyć do snu Theorode'a. Harry z Jamesem przedyskutowywali jakąś ważną kwestię w związku z quidditchem, siłą wtrącając do tego tematu Rona. Jedyna zaś kobieta była zajęta własnymi myślami, śmiejąc się co chwilę pod nosem. Jej ręce wykonywały przy tym tak śmieszne ruchy, że osoba, która siedziałaby naprzeciw niej, z pewnością zaczęłaby się głośno śmiać. Niestety, nikt nie dotrzymywał jej towarzystwa, którego ona i tak nie potrzebowała, bo według mnie, bawiła się świetnie.
- O czym myślisz, mamo? - Lily odwróciła się momentalnie. Nad nią stała Hermiona z mina wyrażającą największą ciekawość.
- Przypominają mi się czasy młodości. Wiesz, James był wtedy taki młody i głupi. Lekkomyślny, nie wykonywał wszystkich moich próśb. Ale zmienił się strasznie na siódmym roku. Poprosił mnie wtedy o rękę. Oczywiście odmówiłam, ale i tak była afera na całą szkołę. Kiedy dwa lata później zrobił to jeszcze raz, nie wahałam się ani chwili. Kochałam tego szaleńca. I nadal to robię. Muszę jednak czysto stwierdzić, że Harry w żaden sposób go nie przypomina.
- Święta racja. Charakter to on chyba ma po mamie.
I uśmiechnąwszy się promiennie, Hermiona usiadła koło niej.
Chwilami nie mógł znosić jej humorów. Na całe szczęście pojawiał się wtedy ojciec i tłumaczył mu szybko, jak ma się zachowywać, by nie zwariował, a zarazem był dla Hermiony miły. Harry z własnej głowy nie mógł zrozumieć, dlaczego ona tak robi, ale ciąża dla niego to jak czarna magia.
Tym bardziej, w pracy nie popuszczali mu, więc chwilami wręcz musiał skorzystać z pomocy ojca przy papierkowej robocie. Sprawa z Bellatriks Lestrange była także zdawkowa. Jej przeszłość stała pod wielkim znakiem zapytania, iskrzącym jasnozielonym światłem. Wszyscy nie mogli posiąść, dlaczego obrała taką, a nie inną drogę. Dlaczego przyłączyła się do Voldemorta? Czy była to zwykła, rodzinna tradycja, czy też zamiłowanie do czarnej magii i jej aspektów? Na to pytanie nikt nie mógł znaleźć odpowiedzi. Chwilami pomagał mu również Syriusz, doradzając w kwestiach linii rodu.
Pewnego dnia wrócił do domu wcześniej, starając się robić jak najmniej hałasu przy wchodzeniu do sieni. W przedpokoju panował półmrok, a jedynym źródłem światła był ogień w kominku. Wszędzie panowała niezłomna cisza. Zadziwiające to było dla niego, ponieważ odkąd wracał wieczorami do domu, wszędzie panował miły dla ucha gwar. Może nie mogąc znieść tej ciszy, a może ze strachu, krzyknął:
- Halo, jest tu ktoś?!
Cichy odgłos spadającego naczynia i przekleństwo. Wychwycił to wszystko uchem, szybko wyjmując różdżkę.
Nie. Ktoś musi być w domu. Ktoś musi... Usłyszał zduszony jęk, a w miarę zbliżania się do drzwi kuchennych narastało szuranie.
-
Alohomora! - krzyknął w stronę drzwi, które rozwarły się z cichym jękiem. Zauważył skuloną postać leżącą na podłodze przy oknie. Światło padło na jej twarz.
- Tato! - Harry szybko podbiegł do ojca, odrywając sprawnym ruchem ręki taśmę z jego ust. - Co się stało?! Gdzie Hermiona?
- Spokojnie. Jest z mamą. Śmierciożercy... śmierciożercy byli tutaj. Uciekły. - James mówił bez ładu i składu.
- Kto uciekł? Gdzie oni są?
Słońce nad Sekwaną zachodziło bardzo powoli. Powolny spacer wzdłuż brzegów rzeki w Rouen był marzeniem wielu par. Oliver i Anies spędzali późne wakacje, zwiedzając katedrę Notre Dame i wieżę Joanny d'Arc. Wszystko po to, by jakoś wyrwać się z Londynu, miasta pełnego nowoczesnych budynków i tłumów ludzi. Usiedli na ławce i zapatrzyli się w ciekawskich turystów.
- Pamiętam, że kiedy byłam mała, siedziałam w tym samym miejscu z rodzicami. Byłam taka szczęśliwa, że wreszcie zobaczyłam słynną katedrę z Dzwonnika z Notre Dame. Te dzieci też są takie szczęśliwe.
Czym właściwie jest szczęście?
Czy jest to pozytywna emocja, z powodowana doświadczeniami ocenianymi przez osobę jako pozytywne? Czy tylko radość? Po co definiować uczucia, skoro można je w tak łatwy sposób wyrazić?
Wszystko było tak dobrze. Jednak coś zaczęło się walić małymi kamieniami, spadającymi wprost z samej góry.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(6) skomentuj
Tęsknota i ból
czwartek, 28 lutego 2008, 16:54:18
Dodaję dziesiąty rozdział. Cały on poświęcony jest relacjom pewnej pary. Jakiej, dowiecie się czytając. Pragnę tylko przeprosić za długość tej notki, ponieważ pod tym, i innymi względami, jest ona bardzo płytka.
Jak zwykle, dla Agnieszki ;*
I dla Kokosia ;*
Za wszystko. Dziękuję.
Tęsknota i ból
Retrospekcja
Są dwie rzeczy, jakie przychodzą człowiekowi na myśl, gdy jest w śmiertelnym zagrożeniu: ciepło i rodzina. Większość z tych, którzy o tym myślą, umiera szybko. Starał się więc robić to jak najrzadziej. Jednak przychodziło mu to z oporem. Starał się zachowywać normalnie, ale wszyscy patrzyli na niego jakoś krzywo, gdy się zbliżał lub gdy coś mówił. Starał się nie odzywać, ale za dużo uwagi na siebie zwracał takim zachowaniem. Odszedł na wojnę, by wywalczyć coś, czego nigdy nie miał: spokój rodzinny. Chwilami nie do końca rozumiał przepowiedni Anies, ale starał się przynajmniej w połowie uświadomić sobie, co może znaczyć. W głowie miał pustkę, jak po jakiejś śmierci, a ostatnie wydarzenia tylko ją pogłębiły. Na statek napadli dementorzy, przez co wiele osób straciła humory na dalszą rozmowę i nikt nie odzywał się przez trzy dni. Do tego doszły wieczne sztormy i wichury, którym towarzyszyły groźne burze. Czasami mieli ciche nadzieje, że wkrótce to się skończy i wrócą do domów. Ale minęły już dwa miesiące i nic nie wskazywało na to, że będzie w najbliższym czasie inaczej. Bez ustanku błądzili po oceanach, pełnych podwodnych stworzeń i codziennie jakiś człowiek musiał się znaleźć za burtą. Gorzej już być nie mogło.
Kiedy tydzień po tym, jak dwie osoby ledwie uszły z życiem po okropnej burzy, konkretnie 24 grudnia, Anies siedziała w laboratorium, wszystko wskazywało na to, że ten dzień nie będzie dla nikogo szczęśliwym. Monotonnie mieszała w kociołku, podrygując nogą w takt jakiejś francuskiej piosenki, którą nuciła pod nosem. Srebrnoblond włosy były związane w ciasny kucyk, tak aby żaden kosmyk nie zasłaniał jej wzroku. Dwa w prawo, pauza, cztery w lewo. Na koniec dodała odrobinę rogu jednorożca. Cały eliksir zawierał czterdzieści dwa składniki, łącznie z jej własnym włosem (była pól-wilą). Wreszcie, po czterech tygodniach oczekiwania udało się jej zrobić eliksir, który określał się mianem "znośny". Wystarczy jednak dodać parę łatwo dostępnych składników, by powstało cudo.
Nastała ciemna noc. Jeszcze nie wszyscy spali. Gdzieś w oddali słychać było wiatr. Wśród przybrzeżnych fal dostrzegało się jakieś muszle, kamienie i niewielkie zwierzęta. Dostrzec można było również blask księżyca, odbijającego się po niespokojnej wodzie. Oliver stał, opierając się o barierkę statku, wdychając słone powietrze, przesycone nadmiernym chłodem. W uszach szeleściła mu woda, przed oczami rozpościerała się ciemność. Nie zauważył jej, za to poczuł, jak się zbliża. Powolnym krokiem szeleściła swoją jedwabną koszulą nocną. Wiedział, że jest jej zimno. Na dworze bowiem musiało być z pięć stopni na minusie. Znajdowali się w samym centrum Atlantyku, w dodatku w miejscu, o którym nigdy nie słyszeli. Anies obciągnęła rękaw koszuli i stanęła tuż obok niego, wychylając się za burtę.
- Dlaczego przyszłaś?
- Boję się spać. W ogóle wszystko dookoła jest takie ponure, jakby odległe. Czuję, że zostawiliśmy Anglię za sobą daleko w tyle. Ja... Martwię się o... - przerwała, stając w osłupieniu. Przed oczyma Olivera mignęło olbrzymie zwierzę, ale tylko je zobaczył, kiedy ono skoczyło na dziewczynę. Anies ze strachu wyleciała za burtę i wpadła do wody. Co prawda, było bardzo płytko, ale siła upadku była ogromna. Czas na chwilę stanął, serce zatrzymało się.
- Anies! Drętwota! - krzyknął chłopak w stronę wilkołaka i wskoczył do wody, upadając tuż obok dziewczyny.
- Anies... - wyszeptał, pochylając się nad jej twarzą - Anies.
Podniosła na niego ociężały wzrok, przyglądając mu się badawczo. Potem zamknęła oczy i z trudem powiedziała:
- Zawsze wiedziałam, że mnie kochasz.
Potem już tylko otworzyła po raz ostatni oczy i utkwiła je w Oliverze. U m a r ł a.
When the evening falls and the daylight is fading,
from within me calls - could it be I am sleeping?
For a moment I stray, then it holds me completely.
Close to home - I cannot say.
Close to home feeling so far away.*
*
Kiedy ginie ktoś ukochany, świat pędzi nieubłaganie. Minęły już dwa miesiące od śmierci Anies. Statek Renovatio ciągle pogrążony był w bezustannej żałobie, tym bardziej, że była to jedna z najbardziej doświadczonych wojowniczek w załodze. Wszyscy jej odejście przeżyli bardzo boleśnie, a w szczególności Oliver. Nie pomagały mu słowa otuchy i zapewnienia pomocy. Chciał, pragnął być sam. Jednak nie było to możliwe. Stracił chęć do czegokolwiek, czym nie było jedzenie, spanie oraz ciągłe myślenie. Walki pomiędzy Zakonem, a Śmierciożercami były bardzo zażarte, pełne brutalności i wylewu krwi. Na całe szczęście nikt z Zakonu nie zginął. Były co prawda osoby, które miały lekkie obrażenia, ale wylizały się z tego.
As I walk there before me a shadow
from another world, where no other can follow.
Carry me to my own, to where I can cross over...
Close to home - I cannot say.
Close to home feeling so far away. *
Kiedy szukasz czegoś odległego, czegoś nieznanego, zasada głosi, że nigdy tego nie znajdziesz. Musisz się bardzo starać, a i to pomaga tylko wytrwałym. Poszukiwanie śmierci jest jak poszukiwanie skarbu. Szukasz czegoś, by zginąć za to. By uwolnić wszystko od zła. Teraz przypomina ci się bajka. Kapitan Hak, Piotruś Pan. Zagubieni chłopcy to Zakon Feniksa, Kapitan Hak - śmierciożercy. Nienawidzą się od dawna, zło wobec siebie narasta z każdą chwilą. Szczególnie nienawidzisz Greybacka, jednego z piratów, posiadającego dodatkową i silną broń. Wszystko okręca się wokół walki, zapominasz o rodzinie, o cieple i o miłości. Giną ludzie, przeciwnicy i sprzymierzeńcy. Ty również chcesz uciec, ale nie masz dokąd. Nie przyłączysz się do Haka, bo posiada on wielką władzę. Wolisz być z Piotrusiem, choć jest o wiele słabszy. Ważniejsza władza, czy miłość?
*
Forever searching; never right, I am lost
in oceans of night. Forever
hoping I can find memories.
those memories I left behind.
Even though I leave will I go on believing
that this time is real - am I lost in this feeling?
like a child passing through, never knowing the reason.
I am home - I know the way.
I am home - feeling oh, so far away. *
Wracając do domu nie czujesz tego chłodu. Jesteś przy niej i to się liczy. Otacza cię przyjemna miłość, ciepło. Nie brakuje ci tego, za czym tak bardzo tęskniłeś. Żyjesz dalej, świat się kręci, ludzie, którzy zginęli, żyją. Armia staje się silniejsza, wróg prawie pokonany. To "prawie" pozostawia jednak wiele do życzenia. Musi go jeszcze pokonać w Ostatecznej Bitwie. Ale ty jesteś TU i TERAZ.
Koniec retrospekcji.
* Enya - Evening Falls.
Tekst zaznaczony kursywą to wypowiedzi Olivera. Postanowiłam to tak, a nie inaczej ująć.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(16) skomentuj
Nienawidzę, ale kocham.
wtorek, 29 stycznia 2008, 22:02:17
Dodaję nowość, choć wiem, że dzieje się to w strasznie wolnym czasie. Teraz mam ferie i mam nadzieję jutro przysiąść do pisania kolejnej. W ciągu ostatniego czasu zdałam sobie sprawę z pisania i ile dla mnie owo oznacza. Wiedzcie, że ta historia jest dla mnie jedną z najważniejszych, jakie kiedykowiek napiszę, bo ta będzie pierwsza, którą skończę. Wiem, że minie mnóstwo czasu, zanim to zrobię, ale później nie zaprzestanę z pisaniem. Po prostu, kocham to.
Wiem Agnieszko, że być może zawiodę Cię tą notką, bo nie kończy się tak, jakbyśmy chciały. Jednak mam zamiar go uśmiercić. I zrobię to.
To dla Ciebie.
Nienawidzę, ale kocham
Jakaż to była noc,
bogowie, boginie.
Jakże miękkie łoże.
Przywarliśmy do siebie płonąc
I z warg do warg
Przelewaliśmy nasze błądzące dusze
Gdzie jest dla mnie
miejsce wolne od sideł
gdy nawet w mroźnej świętej wodzie
Ogień ukryty
Żegnajcie troski śmiertelne,
ku innemu zmierzam już światu
O bogowie, boginie, co za noc!*
Nigdy nie wyobrażała sobie takich chwil. Momentów rozpaczy, ciągnących się całymi miesiącami. Zawsze żyła w przekonaniu, iż załatwi to i owo, i pójdzie w świat odległy i nieskończony. Zamknie ten rozdział w życiu i rozpocznie nowy. Ożyje na nowo, już nie jako Hermiona, lecz ktoś inny. Może piękniejszy. Nie liczyła na zbyt wiele. Chciała się usunąć z cienia i wyjść naprzeciw złu i pięknu. Wnętrze podpowiadało jej, że wiele w tej kwestii nie zdziała. Ona zawsze należała do tych upartych. Teraz, kiedy skazana była na samotność, a dziecko zaczynało dorastać, Hermionie Potter nie pozostało nic innego, jak żyć dalej, choćby dla latorośli. Otworzyła okno, wdychając zimne, marcowe powietrze. Gdzieś, ponad nią unosiła się mgiełka deszczu, gotowa by spaść w każdej chwili.
Nigdy nie czuł się tak dziwnie. Sam był ciekaw, jak przyjmie go jego żona po pięciu miesiącach nieobecności. Nie przypuszczał, że zajmie to tak długo czasu. Ale dokonali tego, co chcieli dokonać. Odzyskali ich, całych i zdrowych, a przede wszystkim szczęśliwych. Stał właśnie na dziobie statku, przybijającego do Newport. Ktoś niespodziewanie poklepał do po plecach, a Harry odwrócił się w stronę postaci. Jego oczy, bardzo odmienne od jego własnych stały się ostoją dla iskier światła z latarni, bijącej przestrzenią niezadrukowaną. Czekał, aż on coś powie.
- Synu, musisz odpocząć. To wszystko Cię wymęczyło. Ja...
- Nie trzeba. Muszę się z nią zobaczyć. Czuję, że coś się stało.
Nie stał z nim dłużej. Odszedł, zabierając ze sobą bagaż. Pora zderzyć się z rzeczywistością.
Położyła palec na jego policzku. Był taki cudowny. Na jego główce widniały już delikatne, cieniutkie włoski, koloru rudawego. Mischelle nie mogła oprzeć się pokusie, by nazywać go Ronem. Ale to był
jej syn. Jej Theodore. Nie tak jednak wyobrażała sobie wychowywania dziecka. Chciała budować dom, prawdziwą rodzinę. Pragnęła posiadać rodzinę, pełną śmiechu, z mnóstwem dzieci. Nie tak, jak się działo teraz. Najbliższa jej osobie postać uciekła, by walczyć na wojnie. Ona oddałaby życie, by znów się z nim zobaczyć. Ale musiała żyć.
- O czym tak rozmyślasz? - dobiegł ją głos zza drzwi, które zaczęły się powoli otwierać.
- R... Ron?
Odłożyła spokojnie książkę na stolik. Nie miała ochoty czytać. Deszcz za oknem bębnił stale w parapet, a ciemne chmury "połykały" słońce. Tylko zaledwie jedna osoba, z całego towarzystwa, żyjącego w pokoju nie była w nastroju do harców. Myszy piszczały z uciechy, oglądając pokazy szczura, pająki zawzięcie budowały swoje domy, bawiąc się przy tym nićmi. Hermiona poczuła się nagle zupełnie niepotrzebna. Zbędna, zagracająca wnętrze pomieszczenia. Wyjrzała za okno i ujrzała tam jakąś majaczącą postać, będącą na tyle daleko, że widziała tylko zarys figury. Poruszyła się lekko, odgarniając włosy z czoła. Wytężyła wzrok. Kogoś ta postać jej przypominała, ale starała sobie nie robić zbędnych nadziei. Usiadła na krześle przy szybie, przykładając do niej policzek. Szyba powoli zaparowała pod wpływem jej ciepłego oddechu. Zakryła jej widok na podwórze, więc szybko wytarła ją rękawem. Postać zniknęła z widoku. Zamrugała oczami, ale nikogo tam nie było.
Powoli, ciężkimi krokami wchodził na schody, starając to jednak robić bardzo cicho.
-
Alohomora! - mruknął w stronę zamka, który kliknął cicho i klamka ustąpiła. W kuchni panowały egipskie ciemności. Rozjaśnił ją lekko, używając do tego różdżki,
ale jednak szybko pożałował. Od strony schodów usłyszał głośne kroki. Mogły to być kroki mężczyzny. Harry zawahał się, podchodząc do drzwi. Nie chciał myśleć o tym, że Hermiona go zostawiła, ale nie mógł się oprzeć wrażeniu, że już nigdy nic nie będzie po staremu. W tym przekonaniu utwierdziła go postać, jaką zobaczył. W półmroku wyglądała na grubego staruszka, mocno zgarbionego, ale jednak wysokiego. Gdy jednak światło padło na twarz tej osoby, Harry aż zaniemówił. To była Hermiona. Nie wyglądała jednak na nią. Miała dłuższe, mocno pofalowane włosy, ciemne sińce pod oczami, a przede wszystkim, była w ciąży. Przez chwilę stał i na nią patrzył, nie mogąc się powstrzymać. Ona również patrzyła na niego z niemym zachwytem. Gdyby tam teraz ktoś był, mógłby pomyśleć, dlaczego nie wpadają sobie w objęcia. Jednak sześć miesięcy robi swoje. Tęsknili za sobą, ale zaczęli zapominać, jak pachnie małżonek. W zapomnienie odchodziły również pocałunki. Odciśnięte były w sercu, ale mózg powoli o nich zapominał. Ze starości.
- Hermiona – tylko tyle był w stanie powiedzieć, kiedy przytulił ją mocno.
- Nienawidzę cię – wyszeptała cicho – Nienawidzę, ale kocham – po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Stęskniłem się za tobą, wiesz? Za naszym dzieckiem również.
Usiedli w cichym kambuzie**. James zapalił różdżką stojące nieopodal świece, a Syriusz postawił na stole cztery małe szklaneczki oraz butelkę Ognistej Whisky.
Młodzi już dawno poszli spać, za to oni postanowili jeszcze przez chwilę porozmawiać. Lily i Dorcas spokojnie usiadły na kanapie, nieopodal stolika, sięgając po jakieś pisma dla kobiet, leżące na parapecie. Za to męska część tej konwersacji usiadła na krzesłach, rozlewając do szklaneczek równe porcje napoju.
- Jestem ciekawy, jak żona naszego syna zareagowała na jego powrót? - zapytał cicho James, zwracając się do żony.
- Hermiona to poważna dziewczyna. Nie wiem, jak się zmieniła, odkąd się poznaliśmy, ale zawsze była mądra i pełna zrozumienia - wtrącił się Syriusz.
- Ja już będę z nią sobie musiała porozmawiać na temat Potterów.
Jim cicho prychnął.
- Żałujesz, moja żono, że wyszłaś za mąż?
- Nie, skądże - uśmiechnęła się figlarnie.
- A wy znowu macie po dwadzieścia lat - od strony drzwi rozległ się cichy głos. Remus stał tam, podtrzymując się framugi.
- Luniaczek, jak dobrze cię widzieć. Już minęła pełnia?
Nie zdążyli usłyszeć odpowiedzi, bo Lily wydała z siebie cichy okrzyk. Wpatrywała się w najnowszego Proroka Wieczornego. James podszedł do niej od tyłu, spoglądając jej znad ramienia. Nagłówek strony głosił:
"Potomek Harry'ego Pottera w drodze: Hermiona Potter w ciąży".
- Nie spodziewałam się tak szybko zostać babcią - sapnęła Lily, zanim zaczęła czytać artykuł.
Jak oficjalnie wiadomo, żona Harry'ego Pottera, osiemnastoletnia Hermiona Potter jest w ciąży. Pojawiła się ona ostatnio na konferencji uzdrowicieli w Ministerstwie Magii, gdzie zaprzeczała, jakoby była w stanie błogosławionym. Jednak z zaufanego źródła wiemy, iż żona Pottera jest w siódmym miesiącu ciąży. Więcej na stronie 6.
Wszyscy spojrzeli na Jamesa, który nagle zrobił się zielony na twarzy.
- A miałem taką nadzieję na jeszcze jedno dziecko.
Jasnooświetlone uliczki Liverpoolu wiodły prosto do centrum miasta. Oni jednak zmuszeni byli do skręcenia w boczną ścieżkę. Tutaj klockowate domy w żadnym wypadku nie przypominały wspaniałych apartamentowców z centrum Londynu. Były to zwyczajne, zadbane domy, z równo poprzycinanymi trawnikami, mieniącymi się jasnymi odcieniami zieleni. Wszystko dookoła był żywe, pomimo tego, że zaczynał się dopiero kwiecień. Lilie zakwitały powoli w ogródku przy domu piątym. Delikatnie zerwał ją i włożył jej między włosy.
- To za to, że jesteś.
- Wiesz, że cię kocham, prawda?
- Hmm... Nie jestem pewien. Mogłabyś to powiedzieć po francusku?
- Jak pan sobie życzy.
Je t'aime.
- To jest... nasz syn? - zapytał po cichu.
- Tak. Nazwałam go tak, jak chciałeś. Theodore.
Pogłaskał dzieco po policzku. Były one mocno zaróżowione, zarazem bardzo ciepłe. Przypomniały mu się momenty, które pamiętał jak zza mgły: malutka Ginny, leżąca spokojnie w ramionach matki. Później nieco starsza, już nie była taka grzeczna. Ron zaśmiał się cicho.
- Widzę, że się cieszysz...
- Tak, ogromnie.
Szczęście jest czymś tajemniczym, co zaatakowało Rona niespodziewanie. Wiedział, że w domu będzie czekać na niego dziecko. Jego dziecko. Jednak to szczęście, jakie teraz go wyoełniło, było czymś lepszym od radości. Poczuł, że w każdej chwili swego życia będzie to pamiętał. Chociaż nie było go przy narodzinach. Obiecał sobie wtedy, że będzi przy następnych. Jeszcze raz pochylił się nad żoną i złożył na jej ustach pocałunek. Jego usta były ciepłe, zapisała sobie w pamięci Mischelle.
Mors Immortalis***
Nadal przez chwilę stał, patrząc się na nią, jednak po chwili podszedł do kominka.
- Co się działo? - zapytała Hermiona. Harry odwrócił się w jej stronę, starając się być uśmiechniętym, jednak to nie było takie proste, gdyż ledwo utrzymywał się na nogach. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, ktoś załomotał w drzwi. Harry zawołał:
- Otwarte.
Po chwili do pokoju wpadła zadyszana Lily. Hermiona cofnęła się, przerażona tym, co zobaczyła. Kobieta była żywa. Matka Harry'ego pokiwała głową z dezaprobatą, przyglądając się żonie syna. W końcu powiedziała:
- Harry, dlaczego nic nie powiedziałeś Hermionie?
- Ja... Hermiono... Muszę ci coś powiedzieć. Podczas naszej wyprawy parę osób zginęło, ale większość tych, którzy umarli z rąk Voldemorta, odzyskało życie. Widzisz, istnieje pewne starożytne zaklęcie i eliksir, dzięki którym udało nam się pokonać Bramę Śmiertelności.
Hermiona spojrzała na niego pytająco, ale on kontynuował dalej:
- Widzisz, odzyskaliśmy żołnierzy, którzy polegli w Pierwszej Wojnie****.
Widać było, że jego żona ledwo trzyma się na nogach. Podpierała się o ścianę, oddychając głęboko.
- Chcesz mi powiedzieć, że... - wydukała - że wskrzesiliście twoich rodziców?
- Zgadza się. Niestety, podczas wojny na statku zginęła Anies. Zaatakował ją Greyback, musieliśmy zachować ostrożność. Całe szczęście, eliksir, który ona przygotowała był prawie zdatny do spożycia. Wystarczyło go tylko dokończyć. Tym zajął się Oliver.
Twarz dziewczyny powoli nabierała kolorów. Oddychała głęboko, jakby nauczyła się tego w szkole rodzenia. Lily uśmiechnęła się pod nosem. W końcu podeszła do Hermiony i uściskała ją, mówiąc:
- Mam nadzieję, że Harry nie da ci tak w kość, jak dał mi James. Niestety, z nim było gorzej.
Dziewczyna roześmiała się cicho, czując delikatne kopanie dziecka. Wiedziała, że dla Harry'ego dzień, kiedy odzyskał rodziców, był najszczęśliwszym dniem w jego życiu.
*
Bella kręciła się nieporadnie w fotelu, przywiązana do nań przez grube liny. Milczała jak grób. Przed ucieczką Pana złożyła mu obietnicę, w której zawarte były dwa ważne punkty: że dokończy jego dzieło i nikomu nie wyjawi sekretu. Musiała się pozbyć tego wstrętnego dzieciaka, Aarona. Teraz jednak nie była do tego zdolna, gdyż przetrzymywana była przez Ministerstwo Magii, pod zarzutem zamordowania jakichś nic nie znaczących aurorów, i służeniu Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Na początku przysięgła Moody'emu, że nic mu nie powie, dopóki jej nie odwiąże. Alastor nie był jednak na tyle głupi, by słuchać jej poleceń. Podszedł do niej wolnym krokiem, przykładając jej różdżkę do gardła.
- Gadaj, gdzie jest Voldemort? - syknął w jej stronę.
- Czarny Pan jest tam, gdzie nikt go nie znajdzie. Jest słaby, ale potężny.
Szalonooki jeszcze mocniej przycisnął ją do krzesła. Ona tylko roześmiała mu się szyderczo prosto w twarz.
* - tekst piosenki z Quo Vadis, pt. "Dove Vai".
** - kambuz to kuchnia na statku. Przypominam, że nazwa naszego to Renovatio, jak zdążył już zauważyć Oliver, oznacza to Odrodzenie.
*** - łacina - Nieśmertelna śmierć.
**** - z pewnością nie jest to I Wojna Światowa. Jest to wojna w świecie czarodzejów, która rozgrywała się w latach 1945 - 1981 (przypuszczalne daty: jest to data zakończenia przez Toma Riddle'a szkoły i upadku Grindelwalda do daty pierwszego upadku Voldemorta). Podczas tej wojny zginęli rodzice Harry'ego. Druga wojna trwa od odrodzenia Voldemorta do jego upadku.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(19) skomentuj
I nie opuszczę cię aż do śmierci.
niedziela, 2 grudnia 2007, 17:55:27
Powracam z ósmym rozdziałem. Dużo się w nim dzieje, jak to sama potrafiłam jeszcze stwierdzić. Już dziś życzę wam dużo prezentów i miłości z okazji Mikołajek. Dla mnie ogromnym prezentem będzie fakt, że mój brat przyjeżdża z Irlandii na święta. Nie rozpisuję się.
Serdecznie dziękuję Agnieszce za zbetowanie. Rozdział dedykowany i dla niej, jak i dla wszystkich, którzy jeszcze to czytają.
I nie opuszczę cię aż do śmierci
Kościelne dzwony przerywały ciszę, która panowała na londyńskim placu późnym popołudniem.
Październikowe, przesycone wilgocią powietrze nadawało temu miejscy specyficzny charakter.
- Magia - mówili niczego nieświadomi mugole, którzy przechodzili tamtą ulicą. Nie wiedzieli jednak, że dzieje się
tam coś tak niezwykłego. Na pozór niewidoczna dla niemagicznych ludzi katedra "Magicznej Trójcy Świętej"
była pełna ludzi, ubranych, cóż... dziwacznie. Wszyscy mężczyźni mieli na sobie długie, zazwyczaj czarne, szaty,
a kobiety różne suknie dopasowane do figury właścicielki.
Pan młody stał przed ołtarzem, nerwowo poprawiając mankiety, zadając wciąż to samo pytanie swojemu przyjacielowi,
a zarazem drużbie:
- Masz te obrączki?
- Mam - odpowiedział Ron po raz piętnasty, przyglądając się panu młodemu - Uważaj! - rzucił, widząc, co wyprawia
jedna z najważniejszych osób tej uroczystości. Bo jak to powiedział ktoś bardzo sławny:
Ślub jest dla państwa młodych. Wracając jednak do wydarzeń w katedrze:
Jedna z nitek, która zwisała smętnie z wygniecionego (z nerwów) rękawa gotowa była go spruć.
- Och.
Zabrzmiała cicha skrzypcowa melodia, kiedy panna młoda wysiadała z długiej, białej limuzyny.
Jej druhny, Mischelle i Anies szły lekko za nią, uśmiechając się szeroko.
Hermiona miała na sobie olśniewająco białą, długą suknię, z czerwonymi różami, poprzyszywanymi wokół talii.
Nie liczył się dla niej strój. Liczył się charakter ceremonii. Sam fakt, że zostanie jego żoną.
Delikatny uśmiech towarzyszył jej na twarzy, kiedy zmierzała w stronę narzeczonego, już prawie męża.
Mała dziewczynka, idąca przed nią sypała kwiatki. Białe róże.
Czuła, że to jest najpiękniejszy i najważniejszy dzień w jej życiu.
Ja, Harry James Potter biorę ciebie, Hermiono Jane Granger za żonę i ślubuję ci miłość,
wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.
To był, w istocie najpiękniejszy dzień w ich życiu. Jak ktoś kiedyś również powiedział:
Wesele jest dla gości. Miał rację. Wzniesiono toast za młodą parę, i zebrani porozjeżdżali się do domów.
Nie bawili się. Za dużo wojen. Trzeba dać czas młodym, by wiedzieli, na czym stoją.
Bo właściwe fundamenty to podstawa do prawidłowego funkcjonowania.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Mężczyzna wstał z klęczków i poszedł otworzyć.
- Co ty tutaj robisz?
- Może byś mnie wpuścił?
Ron był lekko zmieszany, ale wpuścił Pansy Parkinson do środka.
-
Drętwota! - krzyknął, a dziewczyna znieruchomiała - Myślisz, że się nie nabiorę?
Pansy tylko mrugnęła powiekami, w których zbierały się łzy. Jej serce było twarde jak kamień,
ale z bólu nie mogła wytrzymać.
- STOP!
Ron rzucił w jej stronę przeciwzaklęcie, a ciężarna kobieta upadła na posadzkę.
- Nie widzisz co robisz?! - wrzasnęła Mischelle - Ona jest w ciąży!
Chłopak stał jednak dalej w jednym miejscu, dopóki Pansy nie otwarła oczu.
- Przepraszam - wyszeptał, pomagając jej się podnieść. Sam nie wierzył w to, co powiedział.
- Chciałam wam tylko powiedzieć, że Draco szykuje na was zasadzkę. I istnieje wyspa Śmierci.
Zapewne nie będziecie mi wierzyć, ale mam dowody. Oto one.
I wyciągnęła z zewnętrznej strony płaszcza stary, zniszczony kawałek pergaminu.
Memento homo, quia pulvis es et in pulverem reverteris.*
Na mapie naznaczone były jakieś drogi, prowadzące przez oceany.
- O cholera. To jest TUTAJ - Ron wskazał na krzyżyk na małych wyspach w okolicach Archipelagu Malajskiego.
- Skąd Ty to wiesz? Dlaczego przyszłaś do nas?
- Państwo Potterowie są niedostępni. A poza tym, muszę zemścić się na ojcu dziecka. Niezwłocznie. Pamiętajcie jednak, że
musicie płynąć natychmiast. Na taką wyprawę nie działa teleportacja, a Czarny Pan zmierza już w tamtą stronę. To on może zamknąć Bramę Ciemności
i na zawsze zablokować przejście. Bóg tutaj nic nie zdziała. Ewentualnie da wam Czas.
Rozległ się trzask, jak przy teleportacji.
Anies podniosła głowę znad książki
"Veronika decide de mourir". Oliver gdzieś przepadł na chwilę.
Podejrzewała, że poszedł po dwa kieliszki białego wina. A przecież mówiła mu, że nie chce!
Ron wpadł do kuchni.
- Potrzebujemy waszej pomocy.
- Przepraszam, że przeszkadzam młodej parze, ale muszę porozmawiać z wami! Właściwie to musimy.
Mischelle stała obok Pansy, zawzięcie pukając w drzwi sypialni przyjaciół.
- Nie należy im przeszkadzać. Pewnie starają się o potomka - zakpiła sobie była ślizgonka.
- Zamknij się.
Nagle w drzwiach stanął Harry, ubrany w biały szlafrok.
- A nie mówiłam?
- JA też ci coś mówiłam - zostaw sobie samej te podejrzenia. Oni są dorośli. A to, że chcą mieć dziecko, to już ich sprawa.
Zresztą ty z Draco już niedługo zostaniecie rodzicami, ja z Ronem także..
- Czemuż zawdzięczam tę wizytę? - przerwał Harry, widząc, że dziewczyny gotowe będą się zaraz pokłócić.
- Znaleźliśmy
Ultima Thule Morte.
- Co?
- Najdalszą Wyspę Śmierci.
- Chodzi o to, że musimy wyruszyć jak najszybciej, ale najpierw spiszemy ochotników.
- Ja wam pomogę - rzekł Oliver - Załatwię okręt. Rodzice mi pomogą.
- Ja płynę z wami.
- Anies, proszę.
- Bêtise! I muszę wam pomóc. Wy sobie rady nie dacie!
- Ok. Na razie zostawmy tą sprawę. Lećmy do Harry'ego i Hermiony - szepnął Ron.
- Potterów - dodała Anies, mimowolnie się uśmiechając.
Tam gdzie Boga nie ma już
miasto bez miłości stoi
tam jak z nieba znak zjawia się niewinna ona
ma nadziei pełen głos wrażliwości pełne dłonie
pragnie tyle dać w pustych sercach wzniecić płomień
choć krucha jest jak kwiat próbuje zmienić świat. **
Czasami zdajesz sobie sprawę, jak dużo potrafisz zrobić. Potrafisz zmienić świat, doprowadzić do zakończenia wojny.
Często jednak są to tylko twoje wymysły, jak byś sławnym. Jak być bogatym, znając prawdę o życiu.
Nakładamy czasem na siebie za dużo obowiązków, z których potem nie możemy się wydostać.
Wpadamy w nałóg, i to w dosłownym sensie. Brakuje nam czasu dla siebie, lecz gdy już go znajdziemy, jest za późno.
Tracimy kontrolę nad samym sobą i robimy rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili.
Denerwowała ją ta dyskusja. Jeszcze parę godzin temu była najszczęśliwszą osobą na świecie,
a jej radość ulotniła się wraz z przybyciem przyjaciół. Teraz odbywała się narada, którą toczyli między sobą członkowie Zakonu Feniksa.
- Musimy płynąć - powiedział Harry, naciskając na słowo "musimy" - Bez nas śmierciożercy zapanują na wyspie i już nigdy nie odzyskamy tego, co straciliśmy.
- Jaką masz pewność, Potter, że uwolnisz zagubione dusze?
Harry się nie odezwał. Nie miał stuprocentowej pewności na to, co powiedziała Parkinson. Ale wierzył jej.
Bo została wykorzystana przez Malfoya? I że chciała się zemścić? Może. On czuł podobną niechęć.
- Wierzę jej.
Hermiona nie mogła tego dłużej słuchać, więc wyszła na hol, gdzie znajdowała się Mischelle i Pansy, od razu wykluczone z tej
niebezpiecznej wyprawy. Siedziały spokojnie naprzeciw siebie, i spoglądały na siebie spod głów.
- Wiesz, co to będzie: chłopiec czy dziewczynka? - zapytała Hermiona, spoglądając na brzuch dziewczyny.
- Chłopiec. Chcę, by był to Aaron. Po dziadku.
- Rozumiem - dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem, czując, że ona też kiedyś zostanie matką.
Spojrzała się na Mischelle, która nadal siedziała z rękami złożonymi na piersiach, bez ustanku wpatrując się w Pansy.
Przekrzywiła znacznie usta i wbiła swoje zaszklone od łez oczy w oknie. Światło księżyca odbijało się w nich, jak słońce odbija się w tafli wody.
- Tak więc wyruszamy za dwa dni, konkretnie z Newport. Jak nazywa się ten okręt, Oliverze?
-
Renovatio, co znaczy
Odrodzenie.
- Wood, nas nie obchodzi, jaką nazwę angielską ma statek - powiedział Moody, lekko zażenowany.
- Wpiszcie się na listę - rzekł Harry - muszę wiedzieć...
- PANSY! Co ci jest?! - doszedł ich krzyk z salonu.
Szybko wybiegli z kuchni. Parkinson leżała na ziemi, jęcząc z bólu, Mischelle siedziała nadal naprzeciwko niej, wytrzeszczając oczy,
a Hermiona teleportowała się gdzieś.
- Cholibka, co się dzieje? - zapytał Hagrid, podnosząc ją i kładąc na sofie.
- Hagridzie, ona rodzi! - krzyknął Harry - Stworku!
Stworek pojawił się z głośnym hukiem, przeklinając pod nosem.
- Przynieś ręczniki - rzekł Ron.
Harry spojrzał na niego dziwnym wzrokiem.
- No co? Mam zajęcia w mugolskiej szkole rodzenia.
Stworek przydreptał z naręczem ręczników.
- Wyjdźcie lepiej - powiedziała Minerva. Pojawiła się Hermiona z lekarzem ze Świętego Munga.
Wyszli bez słowa. Ron podniósł Mischelle i zaprowadził ją do salonu na górze. Harry i Hermiona poszli za nimi.
- Jak się czuje moja kochana żona?
- Tak samo, jak dziecko.
Mischelle i Ron weszli do salonu, zapalając po drodze światło. Ogień w kominku dogasał powoli,
a niedopite resztki fusów od kawy znajdowały się w porcelanowych filiżankach.
Nagle Ron ukląkł przed żoną i przykładając rękę do jej lekko wypukłego brzucha powiedział:
- Chcę, abyś wiedziała, że jeśli umrę, by chłopiec nazywał się Theodore, a dziewczynka Rose.
- Ja bym jednak... - powiedziała smutno Mischelle, ale widząc łzę spływającą po policzku Rona, umilkła.
W pomieszczeniu panowało miłe ciepło, wypływające z ognia iskrzącego się w kominku.
Dochodziła godzina 00.00. Miała dość. Jej psychika zaczęła wysiadać. Zakręciło się jej w głowie.
Z dołu dobiegł krzyk kobiety przesycony bólem.
- Nie chcę - szepnęła Mischelle. Ron przytulił ją mocniej.
- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
Upadłaby, gdyby jej mąż nie podtrzymał. Odlatywała zupełnie jak po zażyciu ekstazy.
-... Budzi się.
- Hermiono, co się stało? - Harry przejechał jej palcami po włosach, gładząc je.
- Nie wiem. Źle się czuję.
Podniosła się, a jej mąż przysiadł koło niej.
- Lepiej? - podał jej szklankę wody, która zaczęła drżeć jej w dłoniach - Spokojnie.
Z dołu rozległ się ostatni, ostry krzyk, a w chwilę potem krzyk dziecka.
Harry starał się to ukryć, ale po jego policzku potoczyła się łza.
Wszyscy zeszli na dół. Dookoła sofy, na której leżała Pansy krzątał się lekarz z pielęgniarką.
- Umiera - wyszeptał lekarz - Jest strasznie wymęczona. Ma syna.
Hermiona podeszła do łóżka i przysiadła na brzegu. Chwyciła rękę Pansy i pogłaskała ją.
- Wiesz Hermiono, polubiłam cię. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek to powiem, ale czas robi swoje i ludzie się zmieniają. Jesteś wspaniałą
kobietą. Będziesz dobrą matką dla swoich dzieci. Chcę, abyś zaopiekowała się moim synkiem. Dopilnuj, by dowiedział się,
kim była jego matka. Pragnę, byś była jego matką. Niezależnie od pory dnia, od nocy. On już wie, Hermiono.
Voldemort wie, że - tu ściszyła głos - będziesz matką. Dziecko, które nosisz w swoim łonie jest narażone na niebezpieczeństwo.
Dbaj o nie. A mojemu synkowi daj imię takie, jakie Ci wcześniej podałam. Proszę.
I wyzionęła ducha.
* - (łacina) Pamiętaj człowieku; z prochu powstałeś, i w proch się obrócisz.
** - Fragment piosenki Varius Manx - Bezimienna.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(16) skomentuj
Niewidzialny jednorożec.
piątek, 19 października 2007, 20:50:35
Wiem, że po tak długiej przerwie zniecierpliwiliście się za nową notką,
więc ją dodaję.
Ostrzegam, że to koniec pierwszej części. Kolejna już niedługo.
Dla wszystkich. Dziękuję wam bardzo;*
Niewidzialny jednorożec
Who doesn't long for someone to hold,
who know how to love you without being told.
Somebody tell my, why I'm on my mind own.
If there's a soulmate for everyone.*
Cisza, która nastąpiła po tych słowach była gorsza od czekania.
Było napięcie, przesączone zaskoczeniem ze strony gości. W końcu Hermiona powiedziała głosem, wyrażającym zaskoczenie:
- Wpadliście?
Ron, który do tej pory uśmiechał się szeroko, opadł na krzesło.
- Żartujesz? To było planowane.
Rozmawiali ze sobą, jakby chodziło o zwykły wypad nad morze, a nie o dziecko. W końcu Hermiona wstała i powiedziała bardzo wyniosłym tonem, przy czym uśmiechała się szeroko:
- Gratuluję młodej parze.
Mischelle uśmiechnęła się przez łzy. To ona była bardzo wylewna.
Wszyscy odwrócili się w stronę okna, kiedy niewielka sówka, niosąca w dziobie gazetę zapukała w szybę.
- To Prorok Wieczorny - rzekł Harry i podszedł do okna, pozwalając sówce wlecieć do środka.
Wyjął szybkim ruchem gazetę z jej dzioba, wrzucił parę srebrnych monet do sakiewki przymocowanej do nóżki puchacza i pozwolił jej odlecieć.
Następnie rozwinął gazetę i zamarł.
Pierwsza strona była przyozdobiona zdjęciem szukającego Zjednoczonych z Puddlemore.
Nagłówek rzucał się bardzo w oczy.
Jak to jest, kiedy nie ma na świecie miejsca dla samego siebie?
Zbyt przejęty innymi ludźmi człowiek, doznaje takiego uczucia, gdy sam jest w poważnych tarapatach.
Ludzie przechodzą obok takich, nie zaszczycając ich nawet lichym spojrzeniem.
Był w głębokim śnie.
Pływał w śnie, na jawie. Rozdarty między dwoma światami.
Zdawało mu się, jakby wszystko, co dotknie miało się rozpłynąć.
Ale było takie... realistyczne.
Ogromny okręt, na którego dziobie stał on.
W szacie, taki odległy, zamglony.
Stał z nią. Jej srebrnoblond włosy falowały na wietrze.
Tańczyli. Nagle nastąpiło przerwanie.
Zakapturzone postacie wpadły na pokład, siejąc spustoszenie.
Anies zamieniła się w jednorożca. Jedna z zakapturzonych postaci rzuciła się na nią.
Upadła z impetem na deski.
Głośny, przeszywający krzyk rozdarł powietrze.
- Oliver.
Otwierał oczy. Powoli źrenice zaczęły przyswajać światło dzienne, a blask światła oślepił go.
- Anies. Anies Delacour - powiedział wolno, starając się wymówić to dokładnie. Odkaszlnął cicho i nabrał powietrza, wypuszczając je ze świstem.
Widział zamglony obraz. Może to z powodu braku okularów? Wziął je szybko z szafki nocnej, wysilając się przy tym okropnie, ale w końcu dopiął swego i
umieścił je na szpiczastym nosie. Wykrzywił usta w grymasie bólu, który ogarnął go po poruszeniu głowy, a następnie starał się rozweselić swoim uśmiechem towarzyszkę.
Ona jednak przypatrywała mu się z miną pełną opiekuńczości. Nie takiej, jaką matka darzy córkę, ale takiej zaciętej.
Oliver patrzył na nią jak na Afrodytę, była jego boginią miłości. Najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział.
Mógł spojrzeć w te intensywnie zielone oczy i dostrzec w nich blask słońca. Delikatne, różowe usta błyszczały, a ich koniuszki uniesione były do góry.
Chciał, aby ta chwila trwała wiecznie, ale nie był w stanie. Bo nikt nie może przewidzieć, co się dalej wydarzy.
*
Przeklął, połykając ostatni kęs tosta i, całując po drodze Hermionę, wypadł z kuchni.
- Będę wieczorem!
Czasami dobijało ją poczucie samotności, ale wtedy mogła wybrać się do Mischelle, Ginny, czy odwiedzić Olivera w szpitalu.
W ten piątkowy poranek wybrała trzeci wariant.
Zapukała w białe drzwi, wchodząc do środka. Na łóżku leżały poskładanie ubrania, a Oliver trzymał w objęciach Anies, stojąc na środku pokoju.
- Przepraszam.
Już chciała wyjść, kiedy dobiegł ją aksamitny głos Anies.
- Daj spokój.
Hermionę zaskoczyła poprawna angielszczyzna Francuzki, ale starała się to ukryć.
- Przeszkodziłam wam. Może po prostu.. wyjdę?
- Nie - tym razem był to głos Olivera - Anies chciała poznać ciebie i Harry'ego - uśmiechnął się przymilnie.
- W takim razie - powiedziała Hermiona, zmieniając ton głosu - zapraszamy was na kolację jutro na Grimmauld Place 12.
I opowiedziała im, jak dostać się na miejsce. Wkrótce potem wyszła, tłumacząc się obowiązkami.
Chłodne, wrześniowe powietrze wisiało nad Londynem, sprawiając wrażenie ciężkiego.
Jednak tylko nieliczni wiedzieli, że to gdzieś w okolicach atmosfery ziemskiej znajdują się istoty, mające wpływ na taką, a nie inną pogodę.
Dementorzy zaczęli intensywnie „pracować”, napadając różnych niewinnych ludzi, prowadząc ich do utraty świadomości.
Codziennie jakiś człowiek stawał się roślinką, nie potrafiącą nic robić. I to wszystko dzięki bezczynności ministerstwa.
Nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się na ulicy Pokątnej. Znajomy gwar, jakby nienaruszony przez zło, dobiegł ją tuż po
odsunięciu cegieł przy Dziurawym Kotle. Ilość ludzi nie była aż tak imponująca, jak przed kilkunastoma dniami, ale z pewnością
duża. Pobliskimi uliczkami przechadzali się czarodzieje z dziećmi, które w rękach trzymały magiczne zabawki.
Poczuła znajomy zapach metali, substancji łatwopalnych, kiedy przechodziła obok Magicznych Dowcipów Weasley'ów.
Aż żal tam nie wejść, pomyślała, i nie myśląc dłużej weszła do sklepu. Kiedy drzwi z dziwną lekkością otworzyły się,
znad jej głowy rozległ się cichy dzwonek. Później z zaplecza popatrzyły na nią oczy George'a.
- Cześć Hermiono.
- Cześć. Co słychać u Alicji? - rzuciła pytanie, całując go „po przyjacielsku” w policzek.
- Dobrze. Wiesz, za miesiąc ma się urodzić synek Percy'ego, a młody Albvs zaczyna już kwiczeć na widok Freda.
Hermiona zaśmiała się serdecznie, czując się dobrze wiedząc, że Weasley'owie są szczęśliwi na wieść o nowych potomkach,
rodzących się szybko. Molly Weasley z pewnością była w tym momencie najszczęśliwszą babcią na świecie.
Wbiegł do gabinetu, głośno zatrzaskując drzwi. Na jego widok Peter podniósł wzrok, unosząc brwi.
- A tobie co? - zapytał z ironicznym uśmiechem, malującym się na twarzy.
- Wyobraź sobie, że minister zażyczył sobie raport o jakości bezpieczeństwa na jutrzejsze popołudnie. Potrzebuje go do nowego wydania Proroka.
Harry westchnął głośno i rzucił się na fotel, przyciągając do siebie pergamin i pióro. Nagle poczuł znajome wibrowanie w okolicach prawej kieszeni, więc włożył do niej rękę
i wyciągnął pagera. Nie zdziwił się na znormalizowaną reakcję siedzącego w biurze kolegi, bo już parę razy to przerabiali. Przeczytał tylko krótką wiadomość od
Hermiony
"Czekam" i wyszarpnął kurtkę z szafy.
- Wracam do domu.
Istotnie tak było. Nie chciał, by Hermiona się denerwowała, a tym bardziej obawiała się o niego.
Wkroczył więc do zasypanej latającymi samolocikami windy i zjechał do Atrium.
- Przepraszam.
Teleportował się z pyknięciem do domu i posłał Hermionie buziaka. Ona natomiast siedziała przy stoliku w salonie na górze, przeglądając katalogi z sukniami ślubnymi.
Tak bardzo chciała, by było to coś wyjątkowego. Coś awangardowego.
- Co tam słychać u wielkiego Harry'ego Pottera?
- Lepiej nie mówić. Wszystko po najgorszej linii oporu, co znaczy, że gorzej być nie mogło.
- Rozumiem.
W rzeczywistości to tak niezupełnie było; jego charakter trudno było nawet jej zrozumieć. Niekiedy wydawał się być kochanym dzieckiem, czasem jednak przypominał
mężczyznę. Te zmiany osobowości nie zawsze się jej podobały. Denerwowało ją niekiedy jego nagłe zmiany nastrojów ze znośnego na wybuchowy.
Czasami miała ochotę zacząć płakać.
- Co robisz? - zapytała, gdy zauważyła, że wychodzi z salonu.
- Mam mnóstwo pracy.
Zamknął za sobą drzwi. Drzwi, które według niej były kluczem. Do całej tej sytuacji.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Jak nigdy podeszła otworzyć.
- Dzień dobry - powiedziała Anies, witając się z Hermioną.
Tak. To ona była boginią. Znów, ale nikt nie dorównywał jej osobliwą pięknością, jasnym blaskiem bijącym z jej rys.
To tak, jakby była zrobiona ze złota.
- Witamy.
Do pokoju wszedł Harry. Przywitał się grzecznie z gośćmi i usiadł na krześle, tym samym zapraszając ich do zrobienia tego samego.
Jednak gdy tylko usiedli, nastąpiła rzecz
niesamowita. Światła w pomieszczeniu pogasły, pozostał tylko blask
oczu Anies, które stanęły nagle w słup, a ona, nieświadoma niczego zaczęła mówić.
-
„Czas pomiędzy nowem, a pełnią jest czasem wyjątkowym.
Wśród wielu oceanów, tam, gdzie kraniec świata bliski, a słońce wstaje wyjątkowo wcześnie,
położona jest wyspa. Jedna z najstraszniejszych i najbrudniejszych tych czasów.
Śmierć gotowa jest przyjść na każdego, kto zbliży się do niej.
Czarna Kosa świśnie w powietrzu, gdy ktoś otworzy bramę ciemności.
Pokona zło, stanie naprzeciw przemocy, by ją pokonać.
Jednak takich jest niewielu. Kilku z was pomyślałoby pewnie, że to pewne konanie,
wśród bólu i męki. Jednak ból jest odwagą, a męka uszlachetnia.
Bo ten, kto pokona Bramę Ciemności, pokona zło, które na zawsze opuści świat i
zapanuje na nim spokój. Wybrańca tego, czeka nagroda, a pomóc może tylko miłość.
Kobieta w stanie błogosławionym to posłaniec. Ktokolwiek na nią natrafi, niech przypomni sobie te słowa.
Bo cokolwiek by to było, to znak. Ogromny.
... Na zawsze zapanuje spokój na Ziemi...”
Zamarli. To nie były słowa wypowiedziane przez nią. Ocknęła się po chwili i nie pytając o ich zgłupiałe miny, wymknęła się z pokoju.
Nikt tego nie zauważył.
Now I feel, I am on my road.
Now I feel, I can change the world.
You're never die, and you're all my life.
I said you're never die, in my heart you're still alive.**
Blask przyulicznych latarni jakby lekko przygasał, ale wciąż padał na tę dziwną istotę.
Księżyc zdawał się oświetlać tego jednorożca, który dumnie kroczył po ulicy, nie zważając na innych ludzi.
Przecież był
niewidzialny. To dziwne, ale kilka osób widziało go.
A raczej ją, podczas swojej zamiany.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.
* Fragment piosenki Natashy Bedingfield - Soulmate.
** Fragment piosenki Blue Cafe - My road.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(18) skomentuj
Opieram się łatwo.
poniedziałek, 27 sierpnia 2007, 21:58:25
Szybka jestem, prawda?
Dodaję już notkę, która wydaje mi się, że nie jest najlepsza.
Zostawiam wam tą część do oceny.
Dziękuję z góry Agnieszce, która użyczyła mi swojej Anies.
Ta bohaterka jest bardzo ważna dla Harry'ego, Hermiony i oczywiście dla
obrońcy Zjednoczonych z Puddlemore.
Rozdział dedykowany dla
N.A za wspaniały talent,
oraz dla
Isamar. Ta druga wie, za co.
Zapraszam do czytania!
6. Opieram się łatwo.
Cisza wypełniała salon, w którym się znajdował.
Strugi światła wpadały do pomieszczenia. Siedział na skórzanej kanapie,
w pięknym, odnowionym domu. Dookoła panowała grobowa cisza, przerywana
równomiernym tykaniem zegara, wiszącego na ścianie.
W pokoju był nienaganny porządek, jakby właściciele mieli bzika na punkcie czystości.
Poprawił się na sofie i spojrzał na ogromny obraz, wiszący na przeciwległej ścianie,
przedstawiający jego ojca chrzestnego. Ostatniego z legendarnego rodu Blacków.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Ociągając się, poszedł otworzyć.
W drzwiach zobaczył swoją narzeczoną.
- Cześć kochanie - powiedziała, uśmiechając się promiennie - Jak się czujesz?
- Wspaniale - odpowiedział Harry - Mógłbym już góry przenosić.
Przyjrzała mu się uważnie. Bardzo zmarniał przez tą chorobę.
Policzki, na których gościł uśmiech, były zapadnięte i lekko zżółknięte.
Koszula wisiała na nim. Przytuliła się mocno do niego.
- Wszystko będzie dobrze - rzekł Harry i wtulił twarz w jej włosy.
Wierzyła w te słowa. To one przywracały jej wiarę.
W zapadłych murach wielka miłość, wielkie łzy.
W zimnym spojrzeniu gwiazd.
Piękni rycerze wznoszą się ponad noc, ponad sen,
ponad czas.
Na dworze panował mrok, podobnie jak zresztą w prawie wszystkich domach w tej dzielnicy.
Słynna dzielnica przedmieścia Liverpoolu pogrążona była w śnie.
Nieliczne samochody, które przejeżdżały miejskimi drogami, robiły więcej hałasu, niż sto razy więcej, w środku dnia. Trudno było się dziwić.
Delikatna mgiełka, która wisiała nad miastem ochładzała powietrze, przesycone gorącem,
pozostałym po ostatnich upałach.
Wszyscy mieszkańcy tej mieściny spali spokojnie w swoich łóżkach, niektórzy z otwartymi oknami, nie przewidując rozmiarów dziwności rzeczy,
które działy się w ostatnich dniach.
Najpierw w centrum miasta pojawiało się mnóstwo dziwnie ubranych ludzi; mieli na sobie zielono - złote szaty, a szerokie uśmiechy nie znikały z ich twarzy.
I rozprawiali o czymś z wypiekami na twarzy. Później pewien redaktor mugolskiej gazety opublikował artykuł o ludziach dziwnego pokroju.
Ów artykuł wywołał panikę wśród mugoli, którzy myśleli, że to jacyś złodzieje, lub co gorsza - gang.
Opowiadano sobie plotki, według których istnieją inne grupy ludzi. Inne kultury,
zajęcia. Pogłoski te były jednak szybko dementowane przez premiera Wielkiej Brytanii.
Na koniec pewna starsza pani przysięgała w mediach, że usłyszała strzępy rozmowy "dziwaków".
Twierdziła ona, że wszyscy rozprawiają tak o niejakiej Anies Delacour.
Mówiła też o quidditchu, latających miotłach i piłkach. Za rozsiewanie bzdur trafiła do psychiatryka.
Tymczasem, w jednym z tych miejskich domów paliło się światło.
Anies Delacour siedziała na kanapie wspominając ostatni mecz quidditcha.
To było wspaniałe, pomyślała, wspominając cudowne zakończenie meczu, kiedy złapała znicza.
"Niestety oberwałam tłuczkiem i spadłam z miotły po gwizdku" - przyznała w wywiadzie z "Prorokiem Codziennym".
Ciekawe co by ze mną było, gdyby nie złapał mnie ten Oliver, rozmarzyła się na widok wspaniałego obrońcy.
Osuszyła kryształowy kieliszek z białego, wykwintnego wina.
Nie wiedziała jeszcze, że dane jej będzie częściej spotykać się z wybawicielem.
Z udawanym zainteresowaniem czytał Proroka.
Jego oczy błądziły wzdłuż spisu treści.
Wyścigi na miotłach - strona 17.
Les Zodiaques vs. Zjednoczeni z Puddlemore - strona 19.
Ze zrezygnowaniem w oczach otworzył stronę dziewiętnastą.
W jego orzechowych oczach pojawił się tajemniczy błysk, na widok zdjęcia,
przedstawiającego jego z Delacour w ramionach.
Zauważył, że strasznie do siebie pasowali.
Zamrugał oczami i przeczytał krótki artykuł, który znalazł się pod fotografią.
W poprzednią sobotę odbył się siedemnasty mecz mistrzostw Europy w quidditchu.
Mistrze Anglii, Zjednoczeni z Puddlemore zagrali przeciwko Mistrzom Francji, Les Zodiaques.
Mecz był bardzo wyrównany. Znicza zdobyła
Anies Delacour, szukająca z Les Zodiaques. Jednak po gwizdku,
tłuczek trafił ją w żebro. Gdyby nie brytyjski obrońca, Oliver Wood, Delacour spadłaby z miotły.
Była niezmiernie piękna. Jej srebrnoblond włosy opadały jej kaskadami na plecy,
miała duże, intensywnie zielone oczy, z których biła energia i blask.
Jej smukłe, alabastrowe ciało przyciągało wzrok każdego mężczyzny.
Zamyślił się głęboko.
- Auć! - wrzasnęła. Buzowało w niej zdenerwowanie, nieporównywalne z niczym.
Porcelanowa filiżanka stłukła się na marmurowej podłodze.
- Hermiono, co się stało? - do kuchni wpadł Harry, patrząc na zakrwawioną rękę narzeczonej,
a później na resztki porcelany na podłodze.
Podszedł do niej, wyjmując po drodze różdżkę, w celu szybkiego przemycia rany.
- Wielki Boże, to tylko zadraśnięcie! - krzyknęła histerycznie. Opadła na najbliższe krzesło i ukryła twarz w dłoniach.
Krew powoli skapywała jej na dżinsy.
Delikatnie sprzątnął potłuczoną porcelanę i podszedł do stołu.
- Powiesz mi, co się z tobą dzieje?
Milczała. Sama nie była tego pewna.
- Muszę jutro pojechać na Pokątną. Załatwić sprawy związane ze ślubem.
- Rozumiem.
Poczerwieniała na twarzy, zupełnie tak, jakiego koloru była krew na jej spodniach.
- ... I ślubuję ci miłość, wierność, oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
- Ja Mischelle Sarah Gellar, biorę ciebie, Ronaldzie Billusie Weasley za męża i ślubuję ci miłość,
wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
To był cichy ślub, który odbywał się w londyńskim Urzędzie Stanu Cywilnego.
Wzięli tradycyjny, mugolski.
Mischelle uśmiechnęła się szeroko, po czym pocałowała rudzielca.
Oboje byli strasznie szczęśliwi, wiedząc, że się pobrali.
Co prawda, ślub kościelny wezmą później, ale dobre i to.
Chodziło im głównie o pewną sprawę.
Sprawę, za którą warto było wziąć ślub cywilny właśnie teraz.
Kładła się właśnie spać koło narzeczonego, gdy nagle sowa zastukała w okno.
- Kto to? - zapytał zaspanym głosem Harry, patrząc na okno.
- Sowa głuptasie.
Podeszła do okna, otwierając je. Płomykówka wleciała do sypialni,
siadając na zagłówku łóżka. Harry wyciągnął rękę i odwiązał list.
- Przeczytaj - rzekł do narzeczonej i podał jej kopertę.
Rozerwała pieczęć, i przeczytała treść wiadomości.
Zaczęła się śmiać, po czym rzuciła pergamin Harry'emu.
Kochani Harry i Hermiono!
U nas ciekawego nic się nie działo, prócz tego, że
dziś wzięliśmy ślub.
Powód jest ku temu wielki, ale wszystko wyjaśnimy wam
jutro przy kolacji, na którą was zapraszamy.
Pozdrawiamy, Ron i Mischelle.
- A to świnie! -krzyknął zachwycony, robiąc zasmuconą minę.
- Co się stało?
- A nic. Tylko mu zostaliśmy "do ożenku".
Hermiona uśmiechnęła się, wchodząc pod kołdrę.
Tak ich ślub będzie wspaniały, pomyślała.
Zapomniała zupełnie o ostrej wymianie zdań z Harrym i wtuliła się w niego.
Nie wiedziała, że przyjaciele mieli wielki powód, by stanąć na ślubnym kobiercu.
Pierwsze promienie słonecznego światła wdarły się na jej twarz.
Poczuła się jak wyrywana z bardzo pięknego snu.
Brutalnie otwarła oczy, mrugając szybko z powodu oślepiającego słońca.
Chciała go dotknąć, ale nie mogła.
Nie było go koło niej. Leżała tam tylko karteczka.
Kochanie, wrócę przed piątą.
Załatwiam sprawy na Pokątnej.
Kocham Cię, Harry
Nagle uderzył ją nagły ból głowy, tak silny, że spowrotem
rzuciła się na poduszki.
Chwyciła się za pierś, która unosiła się w rytmie serca.
Po chwili ból zaczął ustępować.
- Co to było do cholery?
Przemierzał londyńskie ulice, w poszukiwaniu ulicy Pokątnej.
Sierpniowe słońce delikatnie go ogrzewało, kiedy zauważył
niewielki, brudny pub, który był niewidoczny dla mugoli.
Wszedł do środka.
W pomieszczeniu panował półmrok; nie było tam nikogo,
oprócz dwóch czarownic rozmawiających między sobą,
starszego czarodzieja i...
- Oliver?! - głos Harry'ego potoczył się po pubie,
a ostatnie rozmowy umilkły. Mężczyzna nazwany Oliverem podniósł głowę i
spojrzał na Harry'ego. Uśmiech pojawił się na jego twarzy znikąd i podszedł się przywitać.
Wood był trochę wyższy od Pottera. Jego sylwetka świadczyła o tym, że wciąż gra w Quidditcha.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał Oliver siadając przy stoliku i zwracając się do Harry'ego.
- Ja? Ach, przygotowuję się do ślubu.
Oliver wytrzeszczył oczy.
- Nie myślałem, że się z nią ożenisz. Zabawne, powiedziałbym, że ona nie jest dla ciebie.
Teraz Harry zrobił ogłupiałą minę.
- O kogo ci chodzi? - zapytał.
- Jak to o kogo, o Chang!
Zielonooki zaśmiał się serdecznie, kręcąc przecząco głową.
- Żenię się z Hermioną Granger.
- Gratuluję, stary.
Rozmawiali jeszcze chwilę, po czym zmuszeni byli się pożegnać.
Na odchodnym Harry powiedział:
- Spotkajmy się. Tutaj masz adres - podał mu wizytówkę - Do zobaczenia!
I wyszedł. Nie miał pojęcia, ile to spotkanie może wnieść złego do życia kolegi.
Rozległ się dzwonek u drzwi i wyszła otworzyć.
Ruda postać zamarła z ręką w powietrzu, kiedy Hermiona otworzyła drzwi.
Powitała ją niezwykle chłodno; jeszcze nie zapomniała incydentu sprzed roku.
Pokłóciły się wtedy strasznie i nie odzywały się do siebie przez rok.
- Czego się napijesz? - rzuciła wciąż tym samym chłodnym i wyniosłym tonem.
- Niczego.
Ginny stała w salonie, wywijając z zakłopotaniem młynka knykciami.
- Ja chciałam cię przeprosić.
Hermiona zamarła z ręką w powietrzu, kiedy była odwrócona tyłem do niej.
Odwróciła się do niej i zapytała:
- Czy ja się nie przesłyszałam? Ty mnie prosisz o wybaczenie?
W jej tonie było mnóstwo ironii wypływającej prosto z jej serca.
- Poznałam kogoś.
To zmienia postać rzeczy.
- Ok. Przeprosiny przyjęte.
Wpadły sobie w ramiona. Może nie prawdopodobne, ale tęskniły za sobą przez ten rok.
- Opowiadaj, kto to.
Śmiech wypełniał cały dom.
W salonie paliło się światło, rozjaśniając nawet najciemniejszy kąt
pomieszczenia.
Zielone oczy błądziły w poszukiwaniu narzeczonej.
Zatrzymał wzrok na Hermionie, ale coś nie pozwoliło mu ich tam
przetrzymać chwili dłużej.
- Ginny? - wyrwało mu się z gardła.
Kiedy godzinę później szli we dwoje na kolację do przyjaciół
wiatr delikatnie wdzierał się im we włosy.
Sierpniowe słońce już zachodziło, gdy zapukali do drzwi
na ulicy Villanella Bridge Street.
- Możesz mi zwyczajnie wytłumaczyć, czego od ciebie chciała?
- Chciała się pogodzić.
Spojrzał na nią dziwnym wzrokiem, po czym roześmiał się sztucznie.
- Naprawdę? - przerwał, widząc zniesmaczenie i zniecierpliwiony wzrok Hermiony.
- Naprawdę, naprawdę. A co Cię zatrzymało na Pokątnej?
- Wood.
- Chcielibyśmy wam coś powiedzieć.
Wstał z krzesła, wznosząc kieliszek szampana do góry.
W drugiej dłoni trzymał rękę Mischelle, która delikatnie się uśmiechała.
- Jak obydwoje doskonale wiecie - ciągnął - Pobraliśmy się.
Skinęli twierdząco głową.
- Ponieważ mieliśmy ku temu powód. Ja... my, to znaczy Mischelle...
Tymczasem
on zmierzał w stronę drzwi,
ponieważ ktoś w nie zapukał. Mając nadzieję, że to rodzice,
poszedł otworzyć.
Rzucili się na niego z różdżkami.
Zamaskowani kobieta i mężczyzna.
- Gdzie jest Potter?
Śmierciożerca zdarł maskę z twarzy. Blond włosy opadły bezwiednie na twarz Olivera,
łaskocząc go.
On jednak poczuł przeszywający ból, rozprowadzający się po całym ciele.
-
Crucio!
Zawył z bólu. To go przerastało.
Opadł bezwiednie na posadzkę, uderzając głową w twarde drewno.
I bruise easily
so be gentle when u handle me
Theres a mark you leave
Like a love heart carved on a tree
I bruise easily
Can't stratch the surface
without moving me easily
I bruise easily
I bruise easily
Zmierzała w stronę domu, majaczącego na końcu ścieżki.
Dzień chylił się ku zachodowi, Ziemia zmieniała porę dnia, kiedy
mała, drobna postać wdarła się na polanę, skąpaną w czerwonozłotym słońcu.
Ginny Weasley posiadała kasztanoworude włosy i piękny uśmiech, który z pewnością
zwabiał ku niej dużo wielbicieli płci przeciwnej.
Nagle przed drogą jej stanęły dwie postaci: Bellatriks i Rudolfus Lestrange.
Uśmiech znikł z jej twarzy, ustępując strachu.
Dobyła szybko różdżki, ale Bella w porę krzyknęła:
-
Expelliarmus!
Złapała w biegu broń Weasley'ówny, gdy wtem zza krzaków rozległy się dwie "
Drętwoty".
- Będziemy rodzicami - wykrztusił w końcu.
ŚMIERCIOŻERCY TORTURUJĄ - KOLEJNE OFIARY!
Według najnowszych doniesień naszych specjalnych wysłanników,
w ostatnich dniach doszło do dwóch brutalnych napadów na czarodziejów.
W pierwszym wypadku czarodziej, obrońca szanowanej drużyny Zjednoczonych z Puddlemore,
Oliver Wood został zaatakowany w domu.
Przez użycie klątwy Cruciatus stracił przytomność, i gdyby nie szybka interwencja rodziny
poszkodowanego, już nie byłoby go wśród nas.
Drugą "ofiarą" środowego napadu śmierciożerców jest siedemnastoletnia Ginny Weasley,
która została napadnięta tuż przed swoim domem.
Twierdzi ona, że napastnikami byli Bellatriks Lestrange i jej mąż, Rudolfus.
- Gdyby nie szybka reakcja mojego chłopaka, Ethana Bucketta, już z pewnością nie byłoby mnie
na tym świecie - przyznaje Ginevra.
Ministerstwo narazie milczy.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(34) skomentuj
Wsystko zmienia się na dobre.
czwartek, 2 sierpnia 2007, 12:09:39
Minął rok, odkąd stworzyłam tego bloga.
Na początku pisałam opowiadanie, które było denne.
Postanowiłam je skończyć w połowie.
Powstał "Statek Marzeń", bo tak nazwałam to story.
"Zakochana-Hermi" to tylko pewien podtytuł,
bo tworząc tego bloga, nie wiedziałam, co będzie dalej.
Nie opisuję tu historii "Titanica", na którym znalazło się trio.
To opowiadanie w pewnym sensie stało się częścią mojego życia.
Częścią, bez której nie mogę żyć.
Wprawdzie bohaterowie są fikcyjni, ale przydarzają się im rzeczy,
które z pewnością nam się trafiły.
Powstają wzloty i upadki.
Jednak dziś, po roku, muszę mile stwierdzić,
że niektóre osoby dały mi niezłego "kopa".
Podniosłam trochę swój poziom pisania, z czego jestem zadowolona.
Jednak chcę pisać jeszcze lepiej, bo narazie oceniam swoje opowiadanie
na "zadowalający".
Mam nadzieję, że wasze dalsze szczere komentarze wywołają u mnie pozytywnego
"kopa", tak abym pisała lepiej.
Chciałabym powiedzieć, że zakładając tego bloga,
nie miałam gotowej historii.
Teraz, pisząc to drugie opowiadanie, przemyślałam wszystko
i stwierdzam, że mam pewien plan.
Przyszedł czas na statystyki:
Dotychczas tego bloga odwiedziło: 6256 osób
Dodało go do ulubionych: 66 osób.
Wszystkim serdecznie dziękuję i myślę, że kolejny rok będzie równie owocny jak ten. Zapraszam do czytania kolejnego rozdziału.
Przepraszam. Początek może być nieco smutny.
PS.: Zapraszam na mojego drugiego bloga.
Memories after years.
5. Wszystko zmienia się na dobre.
Czerwiec, 1979r.
- Tu będzie idealnie! - krzyknęła z zachwytem Lily.
Znajdowała się razem z mężem w domu, w Dolinie Godryka.
- Tu będziemy szczęśliwi. Ty, ja i nasze dzieci - James spojrzał znacząco na żonę.
- Oj, głuptasie. Jesteśmy ledwo po ślubie, a ty już myślisz o potomkach?
- Lily. Taki chłopczyk biegający po domu, krzyczący "mamo, tato!", czy to nie jest szczęście?
- Ależ oczywiście - odpowiedziała Lily przytulając się do męża z miłością.
Harry siedział w fotelu oddychając głęboko.
W powietrzu unosił się zapach świeżo wypolerowanych mebli,
a z kuchni wydobywał się aromat pieczonego kurczaka.
Chłopak zatrudnił Zgredka do kuchni twierdząc, że
na pewno przyda mu się czasami pomoc i towarzystwo.
Niekiedy czuł się za bardzo samotny. Brakowało mu przyjaciół
i Hermiony. Właśnie. Hermiona.
Mieli się spotkać dziś na kolacji. Prawie wszystko było przygotowane.
Posiłek gotowy. Tylko on, tak w głębi serca nie wiedział, czy czuje się gotowym
do podjęcia zbyt ważnej decyzji. Decyzji, która może mieć wpływ na zdrowie, a
nawet życie.
Usiadła na krześle, obok sekretarzyka. W jej głowie kłębiło się zbyt dużo myśli.
Najbliższą perspektywą była kolacja z Harrym.
Turkusowa tunika i długie prążkowane spodnie wisiały na wieszaku przy szafie.
W lustrzanym odbiciu zobaczyła zmęczoną od płaczu twarz.
Miała mieszane uczucia co do tego spotkania. Ale nie mogła mu tego odmówić.
Byłby szczerze zaskoczony, gdyby zamiast jej, stojącej w drzwiach nowo odnowionej
willi, zobaczył szarą sowę, która niewiele mogła mu polepszyć humor przed czekającą go terapią w Świętym Mungu.
Wstała z twardego siedzenia i, podpierając się, ruszyła do łazienki.
Tylko gorąca kąpiel mogła podnieść jej standard wyglądu. Przynajmniej ten fizyczny.
Wszystko było gotowe na jej przybycie.
Świece zapalone w jadalni, na stole mnóstwo przysmaków.
On w dżinsach i koszuli z podwiniętymi rękawami chodził po jadalni popijając kawę ze zdobionej filiżanki. Stwierdził, że musi się rozluźnić, co z pewnością mogła mu przynieść filiżanka świeżo parzonej kawy.
Nagle rozległ się długi dźwięk dzwonka u drzwi i kroki małych stóp podążających po dębowym parkiecie w stronę drzwi. To Zgredek ruszył otworzyć wrota.
Weszła do długiego holu, dobrze oświetlonego, prowadzącego do salonu, w którym stały olbrzymie kanapy. Zgredek poprowadził ją prosto do jadalni, gdzie czekał już Harry.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i wdzięcznie odsunął jej krzesło, żeby mogła na nim usiąść.
Zajęła posłusznie miejsce i poczekała, aż usiądzie naprzeciw niej, by wyrazić swoje zdanie o domu:
- Ależ tu pięknie! Pewnie kosztowało Cię to mnóstwo kasy!
- A... trochę tego było, ale mnie się podoba.
- Ale nie jestem pewna, czy powinieneś zatrudniać Zgredka. Wiesz, że to...
- Hermiono, płacę mu. Ma wolne kiedy chce.
Hermiona zamilkła. Powiedział wszystko to, o co walczyła dla skrzatów domowych w szkole.
Nagle stanęły jej przed oczami wszystkie ich wspólne wspomnienia.
Oni... Tak bardzo chciała, by znów byli razem. Gdziekolwiek, ale zawsze razem.
- Hermiono?
Harry przerwał jej wspominanie dawnych, lepszych czasów.
- Pytałem się co u Ciebie - rzekł nalewając wina.
Hermiona wbiła wzrok w płonące świece, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
Harry przesunął palce po jej dłoni i zapytał się spokojnym głosem, jakby bał się, że za chwilę wybuchnie głośnym płaczem.
- Hermiono, co się dzieje?
Wstała, wyrywając rękę spod jego palców. Podniósł głowę, a później wstał.
- Ja się boję o ciebie, a ty się pytasz, "Co się dzieje"?!
- Hermiono, nic mi nie będzie!
Jednak ona poczuła przemożną chęć wtulenia się w niego. Poczucia jego zapachu.
Zapachu, którego może jej wkrótce zabraknąć.
Podszedł do niej i wtulił głowę w jej włosy.
Zapach cytryny i imbiru przenikał go, zostawiając tylko fragment zdrowego rozsądku.
Świat kręcił się dalej, a oni na środku kuli ziemskiej przytulani zaczęli się całować.
- Cholera! Ron, gdzieś ty podział te papiery własnościowe?! - krzyk Mischelle rozdarł ciszę,
która panowała w jej mieszkaniu. Wpadła do salonu, który pełnił również funkcję jadalni i
stanęła jak wryta. Na stole płonęły świece, a on siedział wygodnie na sofie, zakładając nogę na nogę.
- Chodź tu do mnie - powiedział miło, wskazując na miejsce koło siebie.
- Ronaldzie. Przypominam ci. Jutro mamy się przeprowadzić razem do domu na
Villanella Bridge Street, a ty siedzisz sobie wygodnie w salonie, niczym się nie przejmując.
Postanowili kupić wspólny dom, na obrzeżach miasta, ponieważ chcieli żyć razem.
Za zaoszczędzone pieniądze Rona i trochę pieniędzy Mischelle kupili domek jednorodzinny.
Ron wyjął z kieszeni garnituru pudełko obite jedwabiem.
Mischelle wstrzymała oddech. W jej głowie powstał mętlik,
a nic, ani nikt nie mógł go powstrzymać.
- Mischelle. Wiedz, że chciałbym spędzić z tobą resztę życia. Choć znam Cię krótko, to moja miłość do Ciebie jest ogromna. Wyjdziesz za mnie?
Kobieta odetchnęła głęboko, bo już dłużej nie mogła.
Ręce zaczęły się jej trząść, ale odpowiedziała cicho:
- Ależ oczywiście.
Wsunął jej na palec złoty pierścionek z brylantem.
- Ale piękny! A ty co, jubilera obrabowałeś?
- Nie. Pomagam w sprawach księgowości w paru sklepach na Pokątnej.
Między innymi moim braciszkom. Dlatego zwijam tak dużą kasę za to - uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz, że będzie mi ciebie bardzo brakowało?
- Jak bardzo? - zbliżył się do niej.
- Bardzo, bardzo... - powiedziała przysuwając się bliżej.
- Pokaż mi, jak bardzo - rzekł głosem, który pragnął czegoś więcej.
Pocałowała go bardzo namiętnie.
Kiedy cztery dni później odprowadzała go do szpitala Świętego Munga, nad ich głowami
zaczęły zbierać się czarne chmury. Postanowili przeteleportować się wspólnie do poczekalni,
by deszcz nie dopadł ich na drodze.
Te chmury były ostrzeżeniem, bo w chwilę później, w miejscu, w którym stali pojawił się samochód, kończąc swoją przygodę na słupie telefonicznym.
- Moje nazwisko Harry Potter, chciałbym się zgłosić na terapię,
która zwalczy raka płuc.
- Terapia eliksirowa? - zapytała ze znużenia recepcjonistka.
- Zgadza się.
- Pan Potter. Pokój numer siedem, piętro drugie. Proszę nie sugerować się
tablicami za mną - wskazała na tablice, które wisiały za nią trzy lata temu - Przeprowadziliśmy generalny remont. Pan znajdzie się na oddziale chorób mugolskich.
- Rozumiem.
Weszli na schody, kierując się na drugie piętro.
Białe ściany i specyficzny zapach środków odkażających przysporzyły Harry'ego o mdłości.
Miał tu spędzić trzy tygodnie, ale zaledwie po paru minutach odechciało mu się.
Oparł się o ścianę i powiedział błagalnym tonem:
- Miona, ja nie chcę.
Zatrzymała się i odwróciła. Stał jakieś pięć stopni niżej.
Zeszła do niego i powiedziała:
- Harry, to dla twojego dobra. Będę cię codziennie odwiedzała.
Może go to trochę zmobilizowało, bo ruszył dalej po schodach.
Stanęli przed drzwiami oddziału. Hermiona przekręciła
gałkę w drzwiach. Rozległo się kliknięcie klamki, popchnęła.
Ujrzała korytarz pełen drzwi.
Każdy prowadziła do innego pokoju. Doszli do drzwi, na których wisiała
mosiężna tabliczka z napisem „Uzdrowiciele”.
Zapukała i weszła do pomieszczenia, trzymając Harry'ego za rękę.
- Ja przyszłam z moim chłopakiem. Chodzi o to, że jest on zapisany na terapię,
która pozwoli wyleczyć raka płuc. Jego nazwisko to Potter. Harry Potter – poprawiła się.
- Rozumiem – rzekł lekarz, podchodząc do tablicy korkowej wiszącej naprzeciw drzwi – Pokój numer siedem. Zgadza się?
- Tak – odparła i wywlekła Harry'ego z pokoju.
Odnalazła właściwe drzwi i weszła do środka.
Rozglądnęła się po pomieszczeniu. W rogu stało mosiężne łóżko,
naprzeciw telewizor. Na stoliku nocnym stała już przygotowana porcja leków.
Przebrał się w piżamę. Dała mu całusa i wyszła z pokoju.
Miał ochotę uciec. Czuł się jak w więzieniu.
„To dla twojego dobra” - przypomniał mu głos w głowie.
Położył się do łóżka i wypił buteleczkę eliksiru.
***
Przychodziła codziennie. Za każdym razem widziała mężczyznę.
To nie był Harry. Może jednak był, ale w innym wcieleniu.
Uzdrowiciele mówili, że to normalne, po takiej dawce eliksirów,
ale ona nie chciała im wierzyć.
Na wszelki wypadek zadzwoniła do Mischelle, która studiowała
medycynę magiczną. Przyjaciółka obiecała zjawić się jak najszybciej.
Po godzinie usłyszała pukanie do drzwi.
Odwróciła się i zobaczyła Mischelle.
- Cześć – powiedziała płasko. W jej głosie można było wyczuć strach.
- Cześć – odpowiedziała Mischelle.
Hermiona siedziała przy łóżku Harry'ego, trzymając go za rękę.
Chłopak oczy miał zamknięte. Oddychał głęboko, ale ciężko.
Mischelle podeszła do szafki nocnej. Podniosła butelkę z eliksirem i
zapytała się dobitnie, choć znała odpowiedź:
- Harry ma raka płuc?
- Tak – Hermiona spojrzała na przyjaciółkę, która natychmiast zmieniła wyraz twarzy.
Malowało się na nim przerażenie.
- Idę po lekarza – rzekła zdecydowanie i wybiegła z pomieszczenia.
Wróciła chwilę później, tłumacząc coś lekarzowi.
Hermiona patrzyła przerażonym wzrokiem na ich oboje.
Uzdrowiciel przeczytał wskazania na butelce i wydał natychmiastowe polecenie:
- Musimy go przenieść na OION.
Mischelle wyprowadziła Hermionę ze sali.
Dziewczyna zaczęła płakać z bezsilności. Przyjaciółka mocno ją przytuliła.
Kolejne dni nie przynosiły żadnych rezultatów leczenia.
Harry leżał zmarniały na łóżku, otoczony mnóstwem rurek,
monitorów i wszystkich niezbędnych rzeczy.
Czasami nie miała siły na niego patrzeć.
Patrzeć, jak gnije na tym łóżku. Miała ochotę go podnieść, pocałować i
wybudzić z tej śpiączki. By byli razem szczęśliwi. Na wieki.
Któregoś z kolei, dennego dnia, uzdrowiciel, o nazwisku Mark, poprosił ją o rozmowę.
Zaprowadził ją do gabinetu i powiedział:
- Pani chłopak musi mieć zrobioną lobektomię*. Ma II stopień zaawansowania raka.
Hermiona podpisała niezbędne papiery do zabiegu.
Wyszła z pomieszczenia z uczuciem pustki, która ją ogarnęła.
Poczuła chęć pocałunku.
Odpływała...
- Witaj Hermiono.
Kobieta odwróciła się. Znajdowała się w przedziale pociągu, który pędził w nieznaną stronę.
- Ha... Harry? - wydusiła z siebie – To musi być sen. Że cię widzę. Albo umarłam.
- Ani jedno, ani drugie. Choć jedno nie wyklucza drugiego.
- Co masz na myśli?
- Zemdlałaś. Jesteś bliska śmierci. Posłuchaj.
Chcę, abyś wróciła. Ja niedługo też to zrobię. Muszę jednak zobaczyć się z paroma osobami – wskazał na przedział, który znajdował się tuż za nimi.
W środku znajdowało się dużo osób, których Hermiona nie znała.
Były one w różnym wieku.
Jedna kobieta miała rude włosy, inny mężczyzna kruczoczarne. Przypominał Harry'ego.
- Twój ojciec – wyszeptała.
- Zgadza się. Chcę z nimi porozmawiać. Powiedzieć, że niedługo się zobaczymy.
- O co chodzi? - pytanie wyrwało się jej z ust. Ale już odpływała.
- Do zobaczenia! - krzyknął Harry i widok Ekspresu Londyn – Hogwart rozpłynął się.
Zamiast tego zobaczyła parę niebieskich oczu, rude włosy i mnóstwo piegów – Ron.
- Hermiono, obudź się – potrząsnął ją. Otworzyła gwałtownie oczy.
- Coś się stało?
- Harry'emu się pogorszyło.
Zaprowadził ją do szyby, za którą toczyła się walka o życie.
Uzdrowiciele skorzystali z mugolskiego sprzętu – elektrodów.
Każda sekunda była straconą nadzieją. Każda z wyjątkiem tej jednej jedynej.
Tej, w której pojawiło się światełko nadziei. Nadziei, która zgasła, za pomocą jednego podmuchu wiatru. Uzdrowiciele ogłosili zgon:
- 14 lipca 1998r. Godzina 15.06.
Stała wtulona w Rona i płakała.
To był jej błąd. Zamartwiała się, zamiast działać.
Odwróciła się w stronę jego ciała.
Podniosło się, potem znów opadło. Z jego ust wydobył się ogromny wdech powietrza,
a na monitorze pojawił się sygnał.
Uzdrowiciele nie wierzyli własnym oczom. Stał się cud.
Hermiona i Ron wiedzieli: „Jeden nie może żyć bez drugiego”.
Mijały tygodnie w codziennej nostalgii.
Roztargnienie ciągnęło ze sobą masę problemów,
które trzeba było rozwiązać przed wyjściem ze szpitala.
Sięgnął do szuflady stolika nocnego.
Między dwiema ramkami ze zdjęciami, które przedstawiały jego przyjaciół
znalazł granatowe pudełeczko. Otworzył je.
W środku, na bawełnianym, czerwonym obiciu leżał
olśniewający, prosty brylant. Wziął go w rękę, którą mocna zacisnął.
Zamknął oczy.
Tak bardzo ją kochał. Za bardzo. Usłyszał ciche pukanie do drzwi.
Szybko włożył pierścionek powrotem do pudełka, które pospiesznie wrzucił do szuflady.
Do sali wszedł Ron.
- Cześć, stary – powiedział Harry i zaczęli gadać, jak dawni, szkolni przyjaciele,
którzy nie widzieli się parę lat.
Tymczasem w domu na Grimmauld Place Hermiona sączyła bawarkę.
Mischelle siedziała naprzeciw niej i sączyła koktajl malinowy.
Rozmawiały o wszystkim i o niczym.
Stan Harry'ego był dobry, a Hermionie wróciła chęć do życia.
Śmiały się, i w pewnym momencie brązowowłosej mignął przed oczami
pierścionek zaręczynowy. Chwyciła rękę Mischelle i powiedziała obrażonym głosem:
- Zaręczyłaś się i nawet nic nie mówisz?!
- Stare dzieje. Nie było czasu, by o tym mówić.
- A kto jest tym szczęśliwcem?
- Ron Weasley.
Hermiona uśmiechnęła się szeroko. Więc przyjaciele układają sobie razem życie.
- Chcę się jej oświadczyć.
- Nareszcie. Myślałem, że nigdy się do tego nie zabierzesz. Ja osobiście zaklepuję już datę.
- TY? A niby z kim chcesz się żenić?
- Z Mischelle.
Wszyscy są już ustawieni, tylko nie oni. Trzeba zapomnieć o tym, co było,
a pomyśleć o tym, co będzie. Zmierzwił sobie ręką włosy.
- Najwyższy czas – powiedział głośno.
Wszystko było uknute za jej plecami.
Ron znajdował się z Harrym w sali. Mischelle z Hermioną zmierzały wspólnie do
pokoju numer siedem. Zapukały i weszły do środka. Hermionę nieco zdziwił fakt,
że jej przyjaciel siedzi w sali z jej chłopakiem.
Ronald wstał.
- Usiądź, proszę – rzekł Harry, zwracając się do Hermiony.
Usiadła, ale minę miała nieco zdenerwowaną. Chwycił ją za rękę,
a drugą sięgnął po granatowe pudełeczko.
- Hermiono. Chciałbym... - podniósł jej rękę do ust i pocałował – Chciałbym, żebyś została moją żoną – otwarł pudełko.
Dziewczyna wpatrzyła się w niego z taką miłością, na którą tylko było ją stać - Kocham cię nad moje życie. Nie mogę znieść ani jednej nocy, kiedy nie ma cię koło mnie.
Proszę, wyjdź za mnie.
Hermiona wpatrzyła się w brylant, który spoczywał na czerwonej bawełnie.
- Zgadzam się – jej serce podskoczyło. To nie było od niej. To wydobyło się z jej serca.
Kochała go.
W tamtej chwili Ron i Mischelle trzymali się za ręce. Ich oczy rejestrowały wszystko,
co działo się na sali. Czuli się szczęśliwymi, widząc, jak wszystko się odmienia. Na dobre.
*zabieg operacyjny, kiedy rak płuc jest w I i II stopniu zaawansowania.
Polega on na usunięciu płata płuc.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(37) skomentuj
Pożegnania nadszedł czas. W miłości również.
czwartek, 5 lipica 2007, 21:47:15
Zapewne będziecie żądali ode mnie wyjaśnień,
dlaczego tak późno piszę. Jednak ja wam powiem jedno;
przyjazd kuzynki się opóźnił, a poprawki na koniec roku też należało zrobić.
Jednak wyrobiłam sie w czasie i jeszcze naskrobałam coś dla was.
Powiem tylko tyle: postanowiłam podzielić historię na parę części, więc czeka nas piąty rozdział w pierwszej, a później nowa część, parę lat później.
Mam nadzieję, że postaracie się z opiniami, i wkrótce dodam nową część.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania!
4. "Pożegnania nadszedł czas. W miłości również."
Mgła, potem jasność. Tylko tyle pamiętał.
Powoli otwierał oczy. Zamazana postać, burza brązowych loków. Czekoladowe oczy.
Tylko tyle widział, aż do momentu, kiedy udało mu się wygrzebać okulary. Kiedy założył je,
jego oczom ukazał się widok płaczącej nastolatki, która nie bardzo wiedziała, co ma robić.
Łzy kapały obficie na i tak już mokrą szatę.
- Hermiona - powiedział powoli Harry, podnosząc głowę znad poduszki. Kręgosłup ledwo wytrzymał wysiłek,
a łzy zapełniły mu oczy po trudzie, który musiał włożyć w podniesienie głowy.
- Harry... śpij, odpoczywaj - odpowiedziała dziewczyna, a w chwilę później wyszła ze skrzydła szpitalnego
ukrywając twarz w dłoniach.
How can I think I'm standing strong,
Yet feel the air beneath my feet?
How can happiness feel so wrong?
How can misery feel so sweet?
How can you let me watch you sleep,
Then break my dreams the way you do?
How can I have got in so deep?
Why did I fall in love with you?
Gorące krople deszczu odbijały się na jej delikatnej twarzy.
Biegła, uciekała przed rzeczywistością.
Nie wiedziała, że ktoś ją kocha.
Że ktoś tak niewinny, leżący na szpitalnym łóżku kilka kilometrów dalej,
wciąż rozpamiętuje to, co razem przeżyli.
Wspaniałe chwile, pełnie nieukrywanej namiętności.
A teraz?
Nie wiadomo co się stało.
- Panno Granger - powiedziała pani Pomfrey.
- Tak? - zapytała dziewczyna o tym nazwisku podnosząc głowę.
- Panno Granger, pan Potter cierpi na ciężką chorobę płuc.
Przykro mi, ale jego dni są już policzone.
- JAK TO?! - krzyknęła siedemnastolatka, a w chwilę potem zemdlała.
*
Cztery dni później obudził go głośny rozgardiasz, który wydobywał się zza drzwi.
Było zakończenie roku szkolnego. Wszyscy pakowali się z radością,
zapominając o Bożym świecie.
Gorące słońce, ciepła woda jeziora i częste burze zawróciły wszystkim w głowach.
Siódmoklasiści myśleli o Magicznym Uniwersytecie, o kolejnych latach nauki.
Czekały ich ważne egzaminy, które mogły zadecydować o ich przyszłości.
Lata szkoleń, ciężkiej pracy, by w końcu osiągnąć to, o czym się marzyło od lat.
Harry Potter wciąż leżał na szpitalnym łóżku, gdy podeszła do niego pani Pomfrey.
- Potter. Możesz wyjść na ucztę pożegnalną. Jestem pewna, że nie będziesz się na niej dobrze czuł,
ale skoro nalegasz. Ale pamiętaj. W ciągu tygodnia od powrotu do domu musisz się zgłosić na
badania do Szpitala Świętego Munga. Jeśli się dowiem, że nie było cię tam, to osobiście odwiedzę cię w twoim domu.
- Pójdę na pewno - zapewnił ją Harry. Wstał z łózka, ale natychmiast zakręciło mu się w głowie.
Jego kolana lekko się pod nim ugięły.
Ale nie poddawał się. Szedł dalej, stawiając ostrożne kroki.
Wydawało mu się, że ten krok to jakieś ważne wydarzenie, które pozostawiło po sobie bolesny ślad.
Każdy krok to coś, co strasznie boli. Nie wiadomo, kiedy skończy się cierpienie.
Ale powoli, kuśtykając dotarł do drzwi.
- Jednak tydzień bez chodzenia, mnóstwo bandarzy i ból, potrafią sprawić to, że się zapomina, jak się chodzi - pomyślał
delikatnie naciskając klamkę.
- Hermiona - powiedział Ron, szturchając przyjaciółkę mocno w żebra.
- Co? - odpowiedziała zjadliwie Hermiona. Ostatnio tylko takim tonem odpowiadała każdemu.
Ronald tylko odwrócił wzrok w stronę drzwi, dając do zrozumienia koleżance, by zrobiła to samo.
Przez futrynę drzwi właśnie przeszedł wybranek serca Hermiony Granger. A może były?
Właściwie, to nie wiadomo, co się w niej działo, bo wyglądała jakby wybuchły w niej fajerwierki,
które w chwilę później zostały przygaszone strumieniem zimnego soku dyniowego.
Jej wyraz twarzy był niezwykle nieprzenikniony. Odwróciła wzrok, wracając do rozmowy z Ginny.
Zaczęła bawić się sztućcami, a kiedy nóż sierował się w stronę nadgarstka, Ron chwycił ją za przegub.
- Hermiono, uspokój się.
W tym momecie powstała Minerva McGonagall i jakby za dotknięciem różdżki ucichły wszystkie rozmowy na temat powrotu Wybrańca.
- Dobiegł kolejny rok szkolny. Kolejne cudowne wspomnienia, kolejne porażki z siłami ciemności.
I pomimo walk, nie osiągnęliśmy tego, czego byśmy pragnęli. Jednak Trzeba nie poddawać się, bo to co
najważniejsze, wciąż jest w nas. Tkwi gdzieś w niedostępnej części serca, gotowe by tego użyć,
gdy przybędą chwile walki o dobro świata. Wierzę, że wykorzystacie to w chwilach ogromnej rozterki.
Jednak chciałabym pożegnać naszych najstarszych absolwentów, którzy kończą w tym roku Szkołę Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Jesteście jednym z najlepszych roczników, jakich kiedykolwiek mieliśmy.
Byliście odważni, wierzyliście do końca. Potrafiliście przebaczyć każdemu, ale nie zgubiliście się w tym.
Mam nadzieję, że będzie tak dalej. Pozwolę sobie odznaczyć najdzielniejszych uczniów z tego roku.
Poproszę Harry'ego Pottera, który dzielnie walczył w obonie społeczeństwa czarodziejów, oraz
Ronalda Weasleya i Hermionę Granger, którzy mu w tym pomagali. Miejmy nadzieję, że nasza dzielna trójka przyjaciół
przybędzie nam z pomocą, gdy będziemy ich potrzebowali - zakończyła swoje przemówienie profesor McGonagall.
Uczta pożegnalna była wspaniała. Ale jak i wszystko, kiedyś musiała się skończyć.
Działo się to zbyt szybko. Ostatnie spojrzenie na zamek, ostatnia łza w oku, a czas płynie nieubłaganie.
Spoglądając z perspektywy peronu w Hogsmeade, po raz ostatni jako uczniowie obejrzeli skąpane w słońcu miasteczko.
Wiedzieli, że nigdy już nie pójdą tam na szkolną wycieczkę, zastanawiając się jak zrobić psikusa nauczycielom,
wybierając się do Zonka. Nie napiją się piwa kremowego, rozmyślając o czekających poprawkach ocen.
Nie pójdą na zwariowaną randkę do kawiarni pani Pudifoot.
Skończyły się czasy szkole, bo czas jest wyruszyć w dorosłość.
Choć czasem trudną do zrozumienia, ale prawdziwą.
Pociąg pędził z nieubłaganą prędkością, zmieniając co chwila krajobrazy, z górskiego na morski.
Jednak jedna osoba nie cieszyła się w pełni zasłużonych wakacji. To była Hermiona.
Nogi miała podkulone, twarz ukrytą w dłoniach i oddychała głęboko.
Nagle do przedziału dla prefektów weszła najmniej spodziewana osoba: Mischelle Gellar.
Wiedziała, że jej przyjaciółka nie jest w dobrym humorze, więc usiadła na przeciw niej i zapytała:
- Hermiono, co ci jest?
Jednak brązowowłosa nie odpowiedziała. Dalej siedziała nie oddzywając się.
Nastała głucha cisza, którą przerwał szloch Hermiony, a później potok słów.
- Mischelle, zrozum. Ja go wciąż kocham. Gdzieś we mnie jest wciąż ten płomień,
płomień nadzieji, że jeszcze coś się zmieni. Ale z dna na dzień jest on coraz mniejszy.
Niedługo zostanie po nim tylko żar, którego łatwo ugasi zwątpienie.
A pamiętam, że jeszcze niedawno, było tak pięknie. Teraz wszystko się zmieniło.
- Co ty wygadujesz? Wciąż jesteście świetną parą. Tylko macie słabe dni w związku...
- Słabe dni! Harry jest poważnie chory! - krzyknęła Hermiona przez łzy.
Mischelle zamilkła. Nic nie wiedziała. Nikt nic nie wiedział.
- Ale wiedz Hermiono. Wciąż jesteście dla nas wzorem doskonałości.
Dla mnie i Rona.
I przytuliła przyjaciółkę bardzo mocno. Wiedziała, co to może znaczyć. To jak wyrok.
Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby ją to spotkało.
Stanęli na mocno zatłoczonym dworcu. Dookoła krzyki, śmiechy.
Pełno kolorowych barw, ale była niewielka grupa osób, która żegnała się ze sobą.
Wśród nich była Hermiona. W oczach miała łzy.
Być może widzi ich po raz ostatni?
Kto raz przyjaźni pozna moc,
nie będzie trwonił słów,
przy innym ogniu,
w inną noc,
do zobaczenia znów!
Po długim pożegnaniu przyszło im pójść własnymi drogami.
Jak przez siedem lat byli razem, teraz trzeba było się rozstać.
Hermiona ani słowem nie odezwała się do Harry'ego, więc ten
wyszedł samotnie przed dworzec King Cross. Tam machnął prawą ręką,
i natychmiast stanął przed nim wścielke fioletowy autobus, Błędny Rycerz,
który mógł mu tylko uratować życie.
- Witamy w Błędnym Rycerzu, nadzwyczajnym...
- Dobra daruj sobie te szopki... - powiedział Harry, podnosząc głowę.
Dopiero teraz zauważył, że przewodnikiem autobusu nie jest Stan Shunpike.
Teraz był nim młody chłopak, który był niewiele strarszy od Harry'ego.
- A t... pan to kto? - zapytał zmieszanym tonem Harry.
- Nazywam się Eric Minarve - Sertib. A ty to pewnie słynny Harry Potter?
- Tylko nie słynny, ok. Po prostu Harry Potter - do Harry'ego powróciła lekka nuta obrzydzenia.
Wsiadł do pojazdu i poprosił kurs do Dziurawgo Kotła.
*
- Hermiono, zjesz coś? - zapytała matka Hermiony, Jane Granger.
- Nie jestem głodna - taką odpowiedź otrzymywała zawsze matka.
Martwiło ją, że jej córka nic nie je od tygodnia. Coś ją musiało dręczyć.
Tylko co?
- Panie Potter, jutro dostanie pan klucze do domu - powiedział mężczyzna do Harry'ego.
- Świetnie. Czyli jutro się rozliczymy? - zapytał chłopak.
Allan McHover, szef remontu kiwnął głową.
W domu na Grimmauld Place było dość głośno, bo trwały ostatnie prace
wykończeniowe remontu domu. Wyglądał on teraz o wiele lepiej.
Na ścianach zagościły jasne barwy i ciepłe kolory.
Właściciel uśmiechnął się pod nosem. Ale jednak coś go głęboko dusiło.
Hermiona. To ona sprawiła, że cieszył się z każdej chwili.
To jej zapachu brakowało mu każdego dnia i nocy.
Nie zapomniał jej pocałunków, jej uśmiechu.
Coś zadrgało mu w sercu. Choroba.
To przez nią. Ona przestraszyła się.
Hermiona rzuciła się na łóżko. Nie miała siły płakać,
bo robiła to przez ostatni tydzień na okrągło.
Nie miała na nic siły. Miała ochotę tylko wtulić się w tors Harry'ego.
Poczuć się bezpiecznie. Tak, jak czuje się kobieta w
ramionach ukochanego mężczyzny.
- Harry Potter!
Chłopak wszedł do gabinetu uzdrowiciela. W gabinecie znajdowało się niewielkie
biurko zastawione stosami papierów, szafka i wieszak. Harry usiadł na krześle i położył wyniki badań przed lekarzem.
On rzucił na nie okiem i powiedział:
- Tak jak myślałem. Rak płuc.
- Czy to coś naprawdę poważnego?
- Pan, panie Potter, chyba nie zdaje sobie sprawy ze stopnia poważności tej choroby.
Będzie musiał pan przejść kurację, która pozwoli panu całkowicie wyzdrowieć.
- Ale kiedy?
- Jak najszybciej. Liczy się dla nas czas.
- Ron, śniadanie!
- Idę, idę mamo - odpowiedział chłopak i przeglądnął się w lustrze. Ostatnie spojrzenie na strój.
Miał na sobie ciemny garnitur, a w ręku czarną torbę. Do środka schował szatę.
W końcu szedł na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy.
Musi wyglądać porządnie. Zszedł na dół.
Matka czekała ze śniadaniem, ale Ron wypił tylko łyk kawy, dał mamie buziaka na pożegnanie i wyleciał z domu, krzycząc:
- Będę późno. Muszę spotkać się z Mischelle!
Matka tylko westchnęła głęboko. Wiedziała ile ta dziewczyna dla niego znaczy.
Hermiono!
Wiem, ile cierpienia włożyłaś w to,
bym się nie dowiedział o chorobie.
Ale jednak wiem o tym i nie poddaję się.
Mam nadzieję, że spotkamy się na kolacji jutro o 18.00
na Grimmauld Place.
Kocham Cię, Harry.
Pisząc ten list serce zakuło go przy ostatnich słowach.
"Kocham Cię" brzmi magicznie, ale dla nich to słowo wiążące przeznaczenie.
Postanowił się z nią spotkać w nowo wyremontowanym domu,
do którego klucze miał odebrać jutro po południu. Więc z meblami musiał się sprężyć.
Hermiona odebrała list i ucieszyła się ze spotkania.
Chociaż ono pozwoliło jej na chwilę zapomnieć o chorobie chłopaka.
Jakby znów odżyła. Zeszła na obiad.
- Panie Ronaldzie. Wie pan, jakie obozwiązki będą na panu ciążyły? - zapytał Michael Les - Yeux.
- Wiem, ale jestem w stanie podjąć tą pracę.
- W takim razie jest pan przyjęty. Roksana zapozna pana z formalnościami - wskazał na wysoką, szczupłą
brunetkę. Ron przełknął ślinę, a na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech.
Miał niekontrolowaną ochotę zobaczyć Mischelle.
Roksana zapoznała go z papierami, uzgodniła z nim godziny pracy
i rudzielec mógł opuścić Departament Bezpieczeństwa. Pomyślał, że asystent zastępcy dyrektora to też dobre stanowisko,
a co najważniejsze - dobrze płatne.
- I poproszę jakieś wygodne łóżko. Najlepiej dwuosobowe - rzekł Harry do sprzedawcy,
który natychmiast zaprowadził go do działu z meblami do sypialni.
- O, to chyba będzie odpowiednie. Drzewo cisowe. Bardzo trwałe.
- Tak, zdecydowanie biorę to - uśmiechnął się chłopak i ruszył dalej, tym razem do działu z tekstyliami.
Sprzedawca, chcąc, nie chcąc podążył za nim.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(26) skomentuj
Jak woda i ogień
poniedziałek, 9 kwietnia 2007, 21:54:01
Poczuła, że ktoś również wstał za nią. Ale nie zwróciła na to uwagi. Nic ją nie interesowało, prócz tego by jak najszybciej położyła się do łóżka. Szła więc ciągle podnosząc nogi po każdym schodku. Nagle usłyszała głos dobiegający z dołu. Znała go doskonale od siedmiu lat.
- Ja również położę się spać.
Hermiona poszła do pokoju, nie zwracając uwagi na to, co przed chwilą usłyszała. Próbowała zamknąć drzwi, lecz one się zacięły. W tym samym momencie, kiedy udało się jej je odblokować, na piętrze pojawił się Harry, który zablokował futrynę.
- Wpuść mnie.
Dziewczyna odwróciła głowę i wpuściła kolegę. W jakim celu? Nie wiedziała. Chłopak zamknął drzwi i spojrzał na dziewczynę. Ona, kiedy poczuła ten wzrok, odwróciła się do okna. Oparła ręce o parapet i zapytała:
- Po co przyszedłeś?
W szklanym odbiciu szyby zobaczyła, iż chłopak niebezpiecznie zbliża się do niej. Nie uzyskała odpowiedzi, więc nasłuchwała kropli deszczu za oknem, które raz po raz zostawały przerywane cichym skrzypieniem podłogi. Odwróciła się i ruszyła w lewo. W odpowiednim momencie, bo oto wtedy krok dzielił ich od siebie. Usiadła przy sekretarzyku i czekała, aż chłopak opuści pokój. Lecz on stał wpatrując się w miejsce, które przed chwilą było ostoją Hermiony. Wiatr mocniej igrał z deszczem, księżyc zaczął migać jasnym światłem, a na odległej o kilka przecznic łące wilk zaczął wyć. Przyroda szalała w momencie odwrotu.
Hermiona odwróciła wzrok na Harry'ego i spojrzała w głęboką zieleń. Wstała, a on poczuł władznad tą niewinną osóbką, pełną nieodkrytych fantazji. Przyciągał ją wzrokiem. Światło w pokoju zgasło, ale księżyc migał dostatecznie jasno, by oświetlić pokój. Nagle zrobiło się ciemno. Lecz na ich twarzach księżyc odbijał swoje promienie. Stało się. Oczarowany dziewczyną nie mógł dłużej wytrzymać. Pocałowali się. Pełen namiętności Harry, objął Hermionę w pasie. Ona na chwilę oderwała usta. Zdeżyli czoła, i dziewczyna zapytała:
- Jedno pytanie: Dlaczego ja, a nie Ginny?
Harry nie odpowiedział. Przed oczami pojawiły mu się scenki zazdrości Ginn, w których wyraźnie dawała do zrozumienia, że zżera ją zazdrość. Jednak pomimo tego chłopcy zakochiwali się w niej bezpamięci. W końcu kiedyś musi pokonać swą zazdrość i dać upust emocjom. Za często ostatnio wyżywała się słowami na innych, karciła czynami bliskich – jednym słowem zachowywała się obco.
Harry, na którego twarz padł teraz blask księżyca ostrożnie i z pewnym trudem uśmiechnął się. Nie był to jednak uśmiech szczery, lecz wymuszony. We wnętrzu coś go paliło na tyle mocno, by zniszczyć uczucie, które dażył do osoby swojego życia. Do silnej, pełnej odwagi, a zarazem mądrości istocie, którą kochał najmocnej na świecie.
Stali się jednością. Ona, jak delikatna kropla wody, krążąca wokół ognia, którym był On. Kiedy w końcu doszło do ostateczności, dziewczyna wygasiła w nim wszelkie smutki, a po nich pozostał tylko kłęb szarego dymu.
Kiedy kolejnego, istotnie zachmurzonego dnia wszyscy się obudzili, byli w bynajmniej złych humorach, a pogoda tylko je pogarszała.
Przez nieszczelne okna, wiatr mocno huczał, a deszcz zacinał w okna.
Wokół cisza narastała, wraz ze zmogącym ją napięciem, a każda kolejna sekunda była cierpieniem i bólem. Delikatność słowa, ot co.
Hermiona usiadła ostrożnie na brzegu łóżka i uśmiechnęła się do siebie.
Chyba osiągnęła swój cel. Dotarła do celu, którym od paru miesięcy był on.
Harry Potter - chłopiec, który przeżył.
Dziewczyna ostrożnie podniosła pamiętnik leżący na biurku i usadowiła się wygodnie na krześle. Zaczęła pisać z pewną euforią.
Wrzesień 2001, 01.09
Dzisiaj, a właściwie wczoraj Harry, po raz kolejny onieśmielił mnie.
Swoją delikatnością. W pewnym sensie poczułam się dziwnie, jakbym
była pod jego panowaniem. Czułam się niewinną osóbką, która zrobi wszystko co jej pan, jej rozkaże. Teraz wiem, że zdobyłam to, o czym marzyłam od początku lata. Odkąd dowiedziałam się, że wracamy. Pomimo tego,
dopiero wczoraj uświadomiłam to sobie. Mam nadzieję, że nie zapomni o mnie tak łatwo, że nie podda się bez walki. Przynajmiej ja tego nie zrobię.
Odłożyła zeszycik na miejsce i zakręciła kałamaż. W tym właśnie momencie na dworze zaległa dumna cisza. Wiatr jakby się uciszył, a deszcz zamienił się w nieszkodliwą mżawkę. Cicho, na palcach Hermiona podeszła do komody i wyjęła z niej długie, ciemne dżinsy i czarną bluzkę. Włosy zawiązała w kucyk i zrobiła delikatny makijaż, który dodał jej tylko naturalności. Stanęła przed lustrem, poprawiła bluzkę i uśmechnęła się do siebie. Nigdy w życiu nie czuła się tak zadowolona ze swego wyglądu. Nagle, może po minucie, albo po kilku godzinach usłyszała wołanie pani Weasley, która prosiła wszystkich na śniadanie.
Zeszli na dół, a przy stole zauważyli siedzących tam członków zakonu;
pana Weasley'a, Szalonookiego Moddy'ego, Lupina, Tonks i bliźniaków Weasley.
Zasiedli do śniadania. W chwilę później na korytarzu usłyszeli donośny głos:
- Mówiłem ci - nie!
Drzwi otworzyły się na oścież, ukazując Harry'ego lekko zmieszanego i Ginny, której twarz była teraz bardzo czerwona. Chłopak wgramolił się za stół i usiadł między Hermioną, a Ronem. Puścił przepraszalskie oczko do Hermi, która uśmiechnęła się lekko. Zjedli śniadanie, na które składała się głównie jajecznica z bekonem, tosty i grzane parówki. Nadszedł czas wyjazdu na peron. Kufry "przyleciały" za pomocą zaklęcia Tonks, a w tym czasie wszyscy zaczęli się żegnać.
Na peronie znaleźli się dwie minuty później, dzięki teleportacji łączej.
Weszli do pociągu. Ron i Hermiona ruszyli w stronę przedziału dla prefektów,
a Harry musiał się zadowolić towarzystwem Neville'a i Luny. Ginn gdzieś zginęła.
Po paru godzinach nadal siedzieli w osobnych przedziałach, lecz Hermiona i Ron znaleźli chwilkę, by po prostu pogadać z przyjaciółmi. Kiedy weszli do przedziału Harry'ego musieli uważać, by nie potknąć się o latające po ziemi myszki, które zapewne należały do Pomyluny. Zajęli wolne miejsca i zaczęli rozmawiać. Harry w pewnym momencie podszedł do Hermiony i dał jej buziaka.
Ron zrozumiał nieco ten gest i kiwnął do Harry'ego.
Kiedy pociąg zaczął hamować, prefekci poszli do swojej roboty rzucając tylko:
- Za chwilę się zobaczymy.
Wyszli więc z pociągu, przebrani już w szaty i ruszyli w stronę powozów, jak zwykle zaprzędzonych w czarne, skrzydlate konie. Wsiedli do jednego z nich, aby następnie ruszyć do Hogwartu. Nie usłyszeli jednak słynnego 'Pirszoroczni, do mnie', ponieważ lekcje dla klas czwartych w dół zostały odwołane. Tylko uczniowie piątych, szóstych i siódmych klas mogli uczęszczać o szkoły. Przynajmniej na razie.
Koła haczyły się o ostre kamienie, a woda chlapała dookoła swym brudem.
Kiedy znaleźli się na mokrych schodach, całe buty Harry'ego były przemoczone.
Z trudem weszli do Sali Wejściowej, pełnej jasnego światła padającego z dużych klinkierów, wiszących na ścianie. Weszli szybciutko do Wielkiej Sali, w której część uczniów siedziała już przy swych stołach. Zrobiło się dzwinie pusto, bez rozgadanych pierwszoroczniaków, których wypełniały emocje po same brzegi.
Brakowało rodzinnego ciepła, sączącego się z serca byłego dyrektora - Albusa Dumbledore'a. W chwilę później, w sali zaległa długa cisza.
Wstała profesor McGonagall, a wszystkie głowy uczniów zwróciły się w jej stronę.
- Witam wszystkich uczniów Hogwartu - zaczęła - niestety, co z przykrością muszę stwierdzić, w tym roku do szkoły nie uczęszczają uczniowie młodszych klas.
Dlaczego? Sami znacie odpowiedź na to pytanie. Jednak Rada Hogwartu zgodziła się, abyście mogli skończyć z pełnym wykształceniem naukę w naszej szkole.
Starsi uczniowie, i Ci z szóstych i siódmych lat muszą ukończyć naukę, aby dostać się na Magiczne Studia. Podjęliśmy jednogłośnie również decyzję, o tym aby piątoklasiści mogli dalej edukować się, by zdać Standardowe Umiejętności Magiczne. Chcieliśmy przestrzec was jednak, że jesteście w wielkim niebezpieczeństwie i jak zdążyła już zauważyć większość uczniów, niektórzy rodzice nie zgodzili się na dalszą waszą naukę tutaj. Pogódźcie się jednak, iż będziemy bardzo ostrożni i będziemy was chronić, przed jakimikolwiek atakami ze strony Śmierciożerców.
Po zjedzonym posiłku z deserem, wszyscy ruszyli do swych domów. Gryfoni wspięli się na siódme piętro, a Gruba Dama wpuściła ich, za podaniem oczywiście hasła, którym były 'Kajamajkowe eklerki'. Wszyscy rozsiedli się przy kominku, tylko nieliczni szósto i piątoklasiści rozeszli się do Dormitoriów. Harry, Ron i Hermiona rozmawiali bardzo długo, aż w końcu Ron powiedział "Dobranoc", a nim się obejrzeli zostali sami w Pokoju Wspólnym. Harry przysiadł się bliżej Hermiony i dał jej namiętnego buziaka. Ona tylko uśmiechnęła się i powiedziała;
- Dobranoc.
I tyle ją widział.
- Cóż, te kobiety - powiedział po cichu i ruszył do pokoju.
Kolejne dni i miesiące mijały spokojnie, aż do pewnego wydarzenia, które warto opisać. Pełne niepowodzeń w szkole (trudno tu mówić o Hermionie) trio, usiadło pewnego dosyć chłodnego, burzliwego, marcowego wieczoru przy kominku i kończyło wypracowanie na eliksiry. Ogień rzucał iskry dookoła, a nawałnica waliła w okna. Pełno pootwieranych ksiąg leżało dookoła i pióra walały się między nimi.
Hermiona radziła sobie z nich najlepiej. Miała już 5,5 stopy, oczywiście więcej od tego, co życzył sobie Slughorn.
- Oni nas w tym roku wymęczą psychicznie i fizycznie, jak tak dalej pójdzie.
Rzeczywiście Ronald miał rację. Wykańczali ich, nie dając ani jednego popołudnia wolnego od prac domowych. Owutemy zbliżały się wielkimi krokami i już za 2 dni mieli pierwszy egzamin pisemny. Było niezwykle spokojnie w wieży Gryffindoru, kiedy wszyscy siedzieli z głową w książkach, czy pergaminach.
- Masz rację stary... - powiedział Harry, lecz jego dalszą wypowiedź zagłuszył odległy, lecz na tyle głośny grzmot. Błyskawica przecięła niebo, aż w Pokoju Wspólnym wszystkich zaślepiło jasne światło. Byli bardzo zmęczeni wieczną męczarnią, chodzeniem do biblioteki, w tam i z powrotem. Niestety teraz, kiedy środki bezpieczeństwa były karygodnie zaostrzone, żaden uczeń nie mógł pojawić się na błoniach bez nauczyciela. Wejście do Hogwartu zostało szczególnie zabezpieczone, a teraz przy wejściu czuwały dodatkowe straże - wielkie, gburowate trolle. Zrobiono specjalne przejście do ceplarnii, aby nie wychodzić na dwór, a lekcje Opieki nad magicznymi stworzeniami przeniesiono do zamku. Wydawałoby się, że teraz nic, a raczej nikt nie jest wstanie dostać się do zamku, nie będąc nauczycielem bądź uczniem. Jednak zrozpaczeni rodzice uczniów, którzy zrazili się dużą ilością artykułów na temat dziwnych zniknięć, zabierali swoje dzieci do domów, będąc pewnym założenia, że tam będą one bezpieczne.
Dni mijały w pewnym rytuale, odbijając rytm na ludzach. Świat był zagrożony śmiertelnym zaklęciem, zupełnie jak atakiem terrorystycznym. Gdzie się nie spotkało człowieka, tam pełno pośpiechu do pracy, nadzieji na lepsze jutro. Zabiegani uczniowie Hogwartu odczuli to również, kiedy dwa dni później odbyły się Egzaminy końcowe. Harry, Ron i Hermiona idąc do Wielkiej Sali posuwali się powoli, jakby szli na szubienicę. Ciche postukiwanie butów Parvatti Patil, która szła koło nich, odbijało się o marmurowe schody. Przed wejściem na salę, Harry dał Hermionie buziaka 'na szczęście'. Znaleźli się w Wielkiej Sali. Pełno było tutaj małych stolików, pozakręcanych kałamarzy i piór. Na najwyższym podium siedział profesor Flitwick. Stał na stercie ksiąg, przed biurkiem, na którym stała wielka klepsydra. Siódmioklasiści zajęli miejsca. Flitwick powiedział tylko:
- Życzę powodzenia.
I rozdał prace. Część pytań było testowych, część zaś otwartych. Zaczęli pisać. Pierwsze pytanie brzmiało następująco;
Jak brzmi zaklęcie sprawiające, że człowiek zamienia się w węża?
Wszyscy zaczęli głowić się nad tym pytaniem. Tylko Hermiona od razu po przeczytaniu wskazówki, zaczęła coś skrobać na pergaminie. Niestety, ku niezadowoleniu Harry'ego i innych uczniów pytań podobnej treści było z piętnaście, o coraz trudniejszym poziomie. Powoli, małymi krokami zaczęli uzupełniać odpowiedzi. Kiedy po półtorej godzinie weszli do Sali Wejściowej byli pełni zadowolenia, że odpowiedzieli na wszystkie pytania. Nienaturalne. Drzwi wejściowe były otwarte, rzucając na posadzkę Sali Wejściowej, dużo roztańczonych promieni. Rozochoczeni uczniowie szóstych klas wylewali się już tłumnie na błonia, a tylko troje siódmoklasistów pozostało w środku.
- Aż żal wyjeżdżać, prawda? - rzekł Ron. Na jego twarzy malował się smutek - Cóż, trzeba będzie się przygotować się na bal pożegnalny. Z kim idziesz, Harry?
- Też mi pytanie... oczywiście, że z Hermioną - odpowiedział czarnowłosy.
- Cha, cha, a spytałeś się mnie o zdanie, kochaniutki? - powiedziała Hermiona przedżeźniając panią Weasley i uśmiechając się promiennie, co zepsuło efekt. Wyszli na zewnątrz i usiedli przy wielkim, masywnym buku, rosnącym obok jeziora. Fale kołysały się rytmicznie do szumu wiatru, który delikatnie muskał im włosy. Nie chcieli opuszczać tego miejsca. Nie teraz. I choć w życiu trzeba podjąć różne decyzje, ta była dotąd najtrudniejsza. Harry przytulił Hermionę do siebie i pocałował czule.
- No to jak, idziesz ze mną czy nie? - zapytał po chwili. Przypomniało mu się wspomnienie Snape'a. Tutaj nad jeziorem... - Tak, idę - przerwała mu rozmyślanie Hermiona.
*
Kolejne dni przynosiły nowe informacje, które nie były zadowalające dla świata czarodziejów. Pewnego, wyjątkowo ciepłego dnia, podczas śniadania, niewielka sówka podleciała do stołu nauczycielskiego, do pani dyrektor. Ona rozwinęła kopertę, pośpiesznie czytając wiadomość, a następnie wstała uśmiechając się.
- Szanowni uczniowie. Właśnie dostałam list od ministra magii, w którym wydał pozwolenie na wyjazd wasz do Hogsmehade. Ostrzegam was jednak – miasteczko będzie patrolowanie przez aurorów i dementorów, którzy nie pozwolą na jakiekolwiek używanie zaklęć wobec innych osób.
Wybuchły głośne rozmowy. Panował chaos, a nauczyciele nie zważali na to. Sami byli dumni z tej wiadomości. Jednak, zważ na to, nie wszyscy się cieszyli. Hermiona siedziała cicho na miejscu z łokciami podpartymi na stole. Patrzyła tępo w przestrzeń.
- Hermiono, nie cieszysz się? - zapytał Harry, spoglądając na dziewczynę.
- Ty przynajmniej się cieszysz. Ale ja boję się o ciebie. Wiesz doskonale, że mogą pojawić się śmierciożercy.
Harry'ego to oświadczenie nie przestraszyło. Czuł, że prędzej, czy później skończy z bólem, który słudzy Voldemorda wyrządzili jemu, oraz jego rodzinie.
- O mnie się nie martw. Poradzimy sobie.
Te słowa nie dawały mu jednak takiej pewności. Czuł, że one nie pochodzą z jego ust, że ktoś inny je wypowiedział. Przytulił dziewczynę mocno do siebie, w pełni przekonania, że tym razem nic się nie wydarzy.
Kiedy wyszli z zamku, uderzyło ich ciepło, wypełnione słonym powietrzem. Ruszyli w stronę bramy kończącej teren Hogwartu. Tu i ówdzie pod drzewami siedzieli uczniowie, którzy nie mogli z pewnych przyczyn pójść do Hogsmehade. Wygrzewali się oni w słońcu, patrząc jak wielka kałamarnica wyciąga z wody swoje olbrzymie macki. Ogarnęła ich błoga cisza. Harry trzymał różdżkę w tylnej kieszeni; teraz trzymał ją nadal w spodniach, ale przytrzymywał ją. Drugą ręką trzymał Hermionę w pasie. Wyszli z terenów Hogwartu. Szli prosto, przed siebie co jakiś czas wyprzedzani przez piątoklasistów, którzy gonili się. Ziemia, dość wysuszona, odbijała stopy uczniów, wypuszczając z siebie chmary dymu. Kiedy doszli wreszcie do Hogsmehade, postanowili wpaść do pubu Pod Trzema Miotłami. Siadali właśnie przy jednym ze stolików z kuflami wypełnionymi po brzegi piwem kremowym, gdy do gospody wpadł młody czarodziej, krzycząc:
- Napad! Śmierciożercy w Hogsmehade!
Hermiona upuściła kufel, który roztrzaskał się o drewniany stół. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, ponieważ wszyscy rzucili się do ucieczki.
- I co teraz? - zapytał Ron, z miną, która nie wskazywała na to, że zbytnio się przejął.
- Zajmij się Hermioną – Harry podszedł do przyjaciela i powiedział mu to na ucho.
- Ale co ty...? - zadał pytanie rudowłosy, lecz chłopak mu nie odpowiedział, bo był już przy drzwiach. Wyszedł na brukowaną ulicę, pełną biegnących w różne strony ludzi. Nie zwracali uwagi na to, że z różnych stron padają zaklęcia. Harry chwycił różdżkę, obracając się na piętach.
- Co jest Potter?
Expeliarmus ! - usłyszał głos Severusa Snape'a. W chwilę później różdżka wyślizgnęła mu się z dłoni. Jednak wspaniały refleks pozwolił mu na szybkie złapanie broni. Uchylił się od kolejnych pocisków, sam niekiedy strzelając róznymi zaklęciami. Rozgorzała walka. Niekiedy padały zaklęcia niewybaczalne, które trafiały w przeciwników, bądź w inne przedmioty w polu rażenia.
Kochani. Czas leci zbyt szybko. Na karku znów wakacje, a ja... chwilowo nie będę mogła pisać notek. Dlatego, że w poniedziałek przyjeżdża kuzynka na sześć tygodni, więc możecie się spodziewać notki pod koniec maja. Znowu czeka mnie pisanie wypracowań, itp. Ale nie narzekam, choć będę mogła pisać tylko w ciągu tygodnia. Czeka mnie swoista nauka.
Notka beznadziejna, wiem.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(34) skomentuj
Zdrada Ginny.
środa, 21 lutego 2007, 20:19:48
Myślę, że przydadzą się małe przeprosiny za tak długą odległość między dodaniem wcześniejszej notki, a między dzisiejszą. Po prostu moje lenistwo, brak czasu na cokolwiek nie pozwalało mi na pisanie. Lecz powróciłam w wielkim stylu (jeśli można to tak określić), ponieważ tak notka mi się bardzo podoba. Cóż oceńcie sami.
Teraz czas na dedykacje.
Dla www.zakochana-hermiona.mylog.pl <- po prostu za to, że jest,
Dla www.razem-mozemy-wszystko.mylog.pl <- również za to, że jest
Dla opowiem-wam-ich-historie.mylog.pl <- za wiele nie mogę w tym miejscu powiedzieć, po prostu również za to, że jest ;]
I dla wszystkich, którzy czytają moje opowiadanie. Czekam na dużo komentarzy, bo chcę wiedzieć dokładnie ile osób czyta to oopowiadanie.
Czytajcie...
PS.: Zamierzam wykupić reklamę CLASSIC.
Pozdrawiam:*
Wokół cisza zdawała się być nużąca, pełna smutku wypływającego z lekkiego szelestu liści. Wszystko było normalne, gdyby nie fakt, że pod sędziwym bukiem znalazło się dwoje czarodziejów. Ruszyli oni w stronę domu numer cztery. Kroki, dość głośne odbijały się od brukowanego chodnika i zbliżały się do furtki. Osobnicy otworzyli ją, i szli nadal przed siebie. Niższy zapukał do drzwi. Otworzyła czterdziestoletnia kobieta, zmęczona życiem i ciągłym widokiem swojego siostrzeńca Harry'ego, który pojawił się w owych drzwiach prawdopodobnie po raz ostatni. Jednak, któż mógłby to dokładnie określić. Życie jest pełne niespodzianek. Stali tak w drzwiach niczego nieświadomi. W końcu kobieta rzekła:
- Co Cię tu Potter sprowadza?
- Nic. Sprawy przeprowadzki – odpowiedział zielonooki i dodał, widząc minę
ciotki - Tak przeprowadzam się. Osiągnąłem pełnoletność, oczywście w świecie czarodziejów, więc mogę robić co chcę. Nikt mnie do niczego nie będzie zmuszał. Zrobię, co zechcę. A chcę w spokoju
pozałatwiać swoje sprawy.
- Potter, myślisz, że będziemy Cię zatrzymywać? Za długo byliśmy przekonywani przez tego Dumbledore'a, że nie sprawsz nam żadnych kłopotów. Jednak się przeliczyliśmy. To dla nas była szkoła życia, której nie zapomnimy do końca naszych dni. Zapamiętaj chłopcze, moje słowa.
Cała trójka weszła do środka. Nie było sensu się sprzeciwiać słowom ciotki Petuni, bo to one właśnie sprawiły Harry'emu największy ból. Większy od jakiegokolwiek ataku ze strony Voldemorta. Słowa „To dla nas była szkoła życia” zapadną w pamięci Harry'ego na wiele, wiele lat. Najgorsze jednak było przed nimi. Wiele dni pamięci, tęsknoty, pomimo wielu przykrych wydarzeń, będą na
zawsze dla siebie rodziną. A rodzina zawsze za sobą tęskni. Pomimo wielu wyrzeczeń wuja Vernona, miłość nie dana Harry'emu przez rodziców, dawana była przez nich, ale w niewielki sposób. Myśli się kłębiące w głowie Chłopca, który przeżył, zamieniły się w długą taśmę wspomnień, od dzieciństwa pierwszego wspomnienia, jeszcze kiedy jego matka żyła, do tamtego, pamiętnego dnia, w którym Harry opuszczał dom wujostwa.
*
Minęło zaledwie 12 godzin, a cała rodzina państwa Weasley'ów, Szalonooki Moody i Tonks stali przed „posiadłością” na Grimmauld Place. Słońce lekko przygrzewało ich spocone od dźwigania kufrów karki, a Krzywołap przyglądał się dwóm sówkom: Hedwidze i Świstoświńce. Hermiona stała, opierając się o kufer przed drzwiami domu. W prawdzie budynek był nienaszonalny, ale w tym właśnie momencie ukazały się obdarte drzwi, z których odpadała musztardowa farba.
- Wchodzimy – rzekł Moody i ruszył w stronę drzwi otwierając je. Ich widokowi
ukazał się zakurzony przedpokój, pełen trofeów myśliwskich, zbieranych zapewne
przez osoby z pokolenia Blacków. Ten dom przynosił tyle wspomnień z życia
Syriusza, że Hermiona widząc minę Harry'ego rzekła:
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, kiedyś jeszcze o nim zapomnisz...
- Hermiono, jeśli powiesz mi jak to zrobić, będziesz naprawdę kochana.
Hermiona tylko kiwnęła głową, na znak że nie wie. Wszyscy weszli do salonu, który wydawał się jeszcze bardziej ponury, niż reszta domu widziana chwilę wcześniej. Wszystko wydawało się być takie smutne, nieobecne, jakby martwe. Dziwne było jednak to, że każdy zakamarek domu pokryty był pajęczymi sieciami, oraz kurzem.
- Przecież ktoś tutaj mieszkał – powiedziała Hermiona, jakby czytała w myślach
Harry'ego. Ponury uśmiech zagościł na jej twarzy, ale na krótko, bo chwilę później
oczy Harry'ego i Hermiony spotkały się niczym ogień i woda. Z zielonych oczu
chłopaka, bohaterka odczytała zakodowaną wiadomość: „Musimy porozmawiać
na osobności”. Rozumieli się bez słów.
Hermiona powiedziała pani Weasley, że na chwilę pójdą do cichej kuchni, by porozmawiać. Po bliższych oględzinach tego miejsca Harry usiadł na stołku przy stole. Hermiona jednak wciąż stała, z założonymi na biodrach rękach i wpatrywała się z lubością w Harry'ego.
- Ty nigdy się nie zmienisz – powiedziała i pokiwała głową.
Jej głos był spokojny, jakby szykowała się co najmniej kilka godzin na tą rozmowę. Patrzyli tak w ciszy w swoje oczy. Otulało ich magiczne poczucie ciemności, a zarazem piękna wewnętrznego tej kuchni. W półmroku lśniły zielone oczy Harry'ego kryjące inteligencję nie wykrywaną do tego czasu.
- O co ci chodzi? - zapytał ze zdziwieniem w głosie chłopak.
- Harry, myślisz że wszystko jest takie proste jak Ci się wydaje? Nie. Musisz
uporządkować sobie wszystkie sprawy, odpocząć. Powinieneś zapomnieć, choć na
chwilę co się dzieje wokół ciebie.
- Ale jak?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie.
- Hermiono. Ja nie chcę zapomnieć. To są jedyne szczęśliwe wspomnienia z
mojego życia. Wspomnienia z Syriuszem. Najdziwniejsze jest jednak to, że życie
nie jest dla mnie łaskawe. Innym się powodzi. Ale dlaczego nie mnie? - odpowiedź
Harry'ego była nurząca, ale i pełna isniejących faktów. Życie było dla niego
okrutne. Hermiona spojrzała na niego z zatroskaną miną. Współczuła mu z całego
serca. Ona miała rodziców. Nie doświadczyła tylu nieprzyjemności, w ciągu
zaledwie siedemnastu lat. Usiadła na ławeczce koło Harry'ego. Spojrzała na niego i
zapytała:
- Coś ode mnie chciałeś?
- Tak. Hermiono, mam pytanie. Czy to Ty napisałaś tą karteczkę? - chłopak wyjął
z kieszeni zwitek pergaminu i rozwinął go. Na papierze widniały połyskujące w
ciemności słowa:
„Kocham Cię, w dzień i w nocy. Nie mogę przestać o tobie myśleć. Śnisz mi się każdej nocy. Nigdy o mnie nie zapomnij...
Hermiona.”
- Nie, to nie ja – powiedziała Hermi i popatrzyła dziwnym wzrokiem na Harry'ego
– To nie jest mój charakter pisma. Ja piszę troszkę większymi literami... A
właściwie skąd Ci to przyszło do głowy?
- Aaa... nic. Z nikąd – powiedział ze zmieszaniem w głosie chłopak.
Hermiona nic już nie powiedziała. Wyszła bez słowa z kuchni. Pośpiesznym krokiem ruszyła po schodach. Wszyscy gdzieś się rozeszli. Dziewczyna usłyszała głośną rozmowę Ginny i bliźniaków w pokoju po lewej stronie. Weszła do środka.
- Ginn, czy mogłabyś mi wytłumaczyć, dlaczego... - w tym momencie przerwała,
bo zobaczyła Freda trzymającego jakieś zdjęcia, na ktrych widocznie Harry i
Hermiona się całują. Z ust brązowookiej wydobyło się pytanie Skąd to masz?!
Fred i George postanowili w tym momencie pozostawić dziewczyny same, zwłaszcza, że czekała je bardzo poważna rozmowa.
- Jak mogłaś?! - krzyknęła Hermiona.
- On kocha tylko mnie! Rozumiesz? - takim samym tonem odpowiedziała jej
Ginny.
- Ej, co tutaj się dzieje? - do pokoju wszedł Harry, którego zwabiły głośne krzyki.
Hermiona nie odpowiedziała, tylko wyszła z pokoju, lekko uderzając ramię Harry' ego łokciem. Buzowała w niej złość na cały świat, a w szczególności na Ginny. Nie mogła w to uwierzyć. Na korytarzu dudniły kroki jej wysokich drewniaków i tykał zegar dziadka Blacków stojący nieopodal. Pod nogami dziewczyny wzbijały się kłębki kurzu, a deski, z których zrobiona była podłoga skrzypiały niemiłosiernie. Dziewczyna weszła do jednego z pokoi, i usiadła na podłodze opierając plecy o tapczan. „On kocha tylko mnie!” - słowa Ginny dźwięczały jej w głowie jak wyrok. Zapomniała, że go kocha z całego świata. Zapomniała, że żyje. Zapomniała o sobie. Pamiętała tylko te słowa. One dawały jej nieodśmiertną wiarę, że Harry kocha Ginny, a nie ją. Wierzyła w gorsze jutro. Przypomniała sobie najgorsze wspomnienia ze szkoły, kiedy to była poniżana przez Malfoya, wspomnienie pamiętnej nocy, kiedy to Lord Voldemort odzyskał swą moc też było tragiczne. Bo to wiązało się z kolejną stratą – umarł jedyny wierny człowiek, wierny w to, że przepowiednia jest w stanie być prawdziwą. Że Wybraniec pokona Czarnego Pana, i uwolni świat od jego zwolenników. Nikt prócz niego i Harry'ego nie znał prawdziwej wersji wygłoszonej przez profesor Trelawney. Umarł Dumbledore. Z rozmyślań wyrwała Hermionę pani Weasley, której kroki zbliżały się nieubłaganie do pokoju.
- Kochana, chodź na kolację.
- Nie dziękuję, nie mam apetytu...
Pani Weasley zamknęła drzwi pokoju, a Hermiona położyła się na łóżko. Po chwili usnęła zapominając o wszystkich smutkach i troskach.
*
Dziwny dźwięk, warkot silników samochodu, i znajomy widok Dziurawego Kotła – to tylko niektóre rzeczy, jakie czekały ich tydzień późnej, podczas wyprawy na pokątną. Ranek był dość chłodny, więc aby się ogrzać weszli do pubu na kubek gorącej herbaty. W Dziurawym Kotle nie było dużego ruchu, ale pomimo tego barman Tom był niezmiennie uśmiechnięty na widok nowych klientów, nie tylko przechodzących tędy. Zamówili herbatę i usiedli przy zalanym słońcem stoliku. Wokół było słychać ciche rozmowy, lecz Harry, Ron i Hermiona siedzieli cicho nie rozmawiając ze sobą. Kiedy wszyscy wypili swoje napoje, ruszyli w stronę zaplecza, za którym kryło się przejście na ulicę Pokątną. Kiedy wyszli na powietrze musieli otulić się szczelnie płaszczami, bo mróz dał się we znaki, szczypiąc ich nosy. Pan Weasley otworzył przejście na Pokątną za pomocą różdżki, i wszyscy stanęli na mokrym od deszczu bruku. Stęsknili się za widokiem powystawianych na wystawach mioteł, piór, pergaminów. Od ostatniej wizyty prawie nic się tam nie zmieniło, pomijając to że z szyldów zniknęły plakaty śmierciożerców, a zabite dotąd deskami sklep Ollivandera i Lodziarnia Fortescue były remontowane - na witrynach pojawiały się nowe rzeczy, a do nowej kawiarenki przywieziono właśnie meble. Wszystko sprawiało wrażnie niedokończonego idealnego rysunku - sklepy nabierały kolorów dzięki blaskach słońca, a wykończeniem byli ludzie, krążący po sklepach wraz ze swoimi dziećmi, które może po raz pierwszy jechały do Hogwartu. Właśnie jakiś trzylatek podbiegł do Hermiony i przytulił ją w pasie mówiąc:
- Mama...
Hermiona ukucnęła, i wzięła chłopca na ramiona.
- Gdzie jest twoja mamusia? - zapytała.
- Tu - powiedział chłopczyk wskazując na Hermionę.
- Ja nie jestem...
- Oj, Allanis co ty robisz, chodź do mamy - usłyszeli głos młodej kobiety, która zauważyła swojego synka. Podeszła do Hermiony. Były bardzo podobne do siebie. Kobieta w drugiej dłoni trzymała rączkę swojej córki, która co najwyżej mogła teraz rozpoczynać naukę w Hogwarcie.
- Przepraszam za niego, to takie nierozważne dziecko - powiedziała i wzieła Allanisa na ręce.
- Nic się nie stało - powiedziała Hermiona.
Kobieta odeszła, a jej córeczka ruszyła za mamą i braciszkiem. Brązowooka patrzyła jak się oddalają. Ideał rodziny. Brakuje tu tylko taty. Ale być może on ciężko pracuje na utrzymanie rodziny? Tak. Hermiona bardzo pragnęła mieć swoją własną rodzinę, którą będzie kierowała, naprowadzała na nowe drogi.
Ruszyli dalej, idąc w stronę Esów i Floresów, aby zakupić książki na nowy rok. Harry dziwnie popatrzył na Hermionę. Ta poczuła wzrok na sobie, lecz nie raczyła odpowiedzieć. Zakupili książki, i poszli po resztę rzeczy. W domu byli spowrotem o godzinie 15.45. Rozpakowali zakupy i zjedli ciepły obiad. Po południu zaczęli się trochę nudzić, więc pani Weasley wymyśliła dla nich zajęcie: sprzątanie pokojów, mycie podłóg. Wzięli się do pracy. Hermiona spała sama w pokoju - była nadal bardzo wściekła na Ginny, dlatego każda z osobna musiała szorować podłogę w swoich pokojach. Odpoczęli trochę podczas podwieczorku, na który mama Rona przygotowała tartę z marchewki. Usiedli w salonie na piątym piętrze, i zaczęli się zajadać ciastem. Ani się obajrzeli, a tarty na stole nie było. Wszyscy grzecznie podziękowali i poszli sprzątać dalej. Harry, dlatego że był panem domu spał w osobnej sypialni, a dom posiadał tyle pokoi, że na pewno każdemu było bardzo wygodnie. Po kąpieli wszyscy bardzo zmęczeni usiedli do kolacji, a potem najedzeni ruszli spać.
Kolejny dzień był ostatnim, spędzonym w domu na Grimmauld Place 12 przed rozpoczęciem ostaniego roku nauki w Hogwarcie. Wszyscy mieli na ten temat inne zdanie. Bill, którego ożenek miał odbyć się jesienią, stwierdził, że siódmy rok to dużo nauki. Po tym, jak się spakowali usiedli na kanapach w salonie i każdy znalazł sobie jakieś zajęcie. Hermiona postanowiła poczytać poradnik "Jaki zawód wybrać w przyszłości" nad czym tak ciągle rozmyślała. Trudno było jej wybrać przedmiot, który będzie odpowiadał jej wymaganiom. A ponieważ była wybredna, sama musiała podjąć decyzję. Myślała zażarcie nad zawodem uzdrowiciela, lecz jak potem stwierdziła – życie człowieka może być w jej rękach.
Nie chciała narażać się na tak dużą odpowiedzialność. Słyszała, że owy zawód miał wiele wad. Odłożyła na bok ulotkę i spojrzała w ogień palący się w kominku.
Czuła się bardzo dziwinie. Przypomniały się jej pierwsze lata szkoły. Wspólne śmiechy, porażki. Teraz, w wieku siedemnastu lat wszystko już nie jest takie beztroskie jak kiedyś. Trzeba myśleć poważnie o przyszłości. O zawodzie, o pracy, o studiach. Tyle obowiązków na głowie pełnoletniego czarodzieja. Poczuła czyjś wzrok na swoim karku, więc natychmiat odwróciła głowę w tamtą stronę. Zielone oczy Harry'ego zdawały się współpracować z ustami, które rozszerzyły się w uśmiechu. Kiedy na niego spojrzała udał, że patrzy na obraz wiszący na ścianie przedstawiający czerwone jabłko. Zrobił to celowo. Od dawna zaprzątała jego myśli, w których kłębiły się wspomnienia z czwartego roku, kiedy to ujrzał Hermionę w pięknej sukni na Balu Bożonarodzeniowym. Ginny siedząca obok Harry'ego odwróciła na chwilę wzrok od książki do zaklęć dla klasy szóstej i spojrzała wściekłym wzrokiem na brązowowłosą. Ta obrażona reakcją (byłej) przyjaciółki wlepiła oczy w kolana i uśmiechnęła się do siebie. „Jeszcze kiedyś go zdobędę!” - pomyślała i wstała z fotelu, ruszając w stronę pokoju na górze.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(52) skomentuj
Oni w tej pięknej scenerii zbliżali się do siebie.
poniedziałek, 1 stycznia 2007, 00:50:13
Witam was ponownie. Pewnie oczekiwaliście na tą notkę długo,
ale postanowiłam ją dodać w ten symboliczny dzień.
Szczęśliwego Nowego Roku. Dużo szczęścia i miłości, i aby w nowym roku wasze opowiadania były równie piękne jak są teraz.
Notkę z dedykacjami przesyłam szczególnie dla:
- Marty, z bloga www.martuch.mylog.pl --> za to że jest i potrafi zmienić nastrój (oczywiście pozytywnie) za miłe rozmowy na gg, KOCHANA POWRÓĆ DO NASZEGO GRONA FANÓW HP!
- właścicielki bloga www.zakochana-hermiona.mylog.pl --> nie wiem jak piszesz takie świetne notki (oby tak dalej!),
- wszystkim którzy odwiedzają i komentują tego bloga.
Jak wiedzicie zmieniłam szablon, i muzyczkę. Niedługo dodam również kilka innych rzeczy (avatar, button, itp.)
Zapraszam do czytania notki.
Pozdrawiam :*:*
~~*~~
Pewnego lipcowego poranka, do okna domu na Privet Drive zapukała sowa.
Był to maleńki puchacz, który przyniósł gazetę.
Owy stukot, dość głośny obudził 17-nastoletniego chłopca.
Harry otwierając oczy podszedł a boso do okna, po czym otwarł je.
Sówka wleciała do pokoju, po czym usiadła na krześle, podnosząc nóżkę.
- Już, już... - powiedział chłopak i podszedł odwiązać "Proroka Codziennego" od ptaka.
Gdy zdołał wykonać to zadanie, chwycił spodnie, w których miał czarodziejskie monety.
Wyciągnął z kieszeni jednego, srebrnego sykla i włożył go do skórzanego woreczka przywiązanego do nóżki sówki. Ona wycleciała przez otwarte okno.
- Ciekawe, co tym razem napisali... - pomyślał Harry i zabrał się do czytania lektury.
Pierwsza strona gazety wyjątkowo zainteresowała Harry'ego.
ŚMIERCIOŻERCZYNI BELLATRIKS LESTRANGE NIE ŻYJE?
Jak donoszą nasze tajne źródła, została zamordowana Bellatriks Lastrange -
śmierciożerczyni, ostatnio bardzo pilnie poszukiwana przez Ministerstwo Magii.
- Podobno zamordował ją auror Shacleboot. Więcej szczegółów nie ujawnimy poinformował
nas pracownik biura aurorów.
Więcej szczegółów, str.3.
Resztę strony zajmowała olbrzymia fotografia Bellatriks Lestrange.
Harry potrafił już się teleportować, dlatego postanowił odwiedzić swoich przyjaciół, w Norze.
Zszedł na dół, po czym zjadł śniadanie.
***
Dwie godziny później szedł wąską dróżką, prowadzącą do krzywego domu przy wielkiej polanie.
Pozdszedł do niego, po czym zapukał.
- Kto tam? - Harry usłyszał głos pani Weasley.
- To ja Harry. Harry Potter.
- Och mój kochaneczku! - krzyknęła Molly, otwierając drzwi następnie rzucając się na szyję Harry'emu. Nogi niebezpiecznie się pod nim ugięły.
- Harry! - usłyszał wysoki głos swojego przyjaciela Rona, i w chwilę później ruda czupryna stanęła w drzwiach.
- Cześć - przywitał się Harry z uśmiechem na twarzy ściskając dłoń przyjacielowi.
- Musimy pogadać - powiedział chłopak.
- Chodźmy do mojej sypialni - zaproponował Ron, po czym zaprowadził Harry'ego na górę.
***
- Więc Bellatriks nie żyje? - zapytała z niedowierzaniem Hermiona po raz ósmy.
- Tak Hermiono - odpowiedział jej Harry - mówiłem Ci już to.
Siedzieli na łóżku Rona. Zdążyli w ciągu czterdziestu minut przeteleportować się do domu Hermiony i z powrotem do Nory.
- Ale...chwila...Harry! - przerwał ciszę krzyk Rona.
- Co? - zapytali jednocześnie Harry i Hermiona.
- Harry, czy dom na Grimmauld Place Syriusz przepisał tobie w spadku??
- Tak...zaraz, zaraz...chodzi Ci o... - Harry głowił się z pytaniem "O co chodzi Ronowi?".
Jednak odpowiedź brzmiała następująco:
- Wiem.. Dom należy do mnie - powiedział chłopak. Nie bardzo był z tego zadowolony. Chciał być sam. Wybiegł z pokoju, zbiegł ze schodów, a krzątająca się w kuchni pani Weasley, nie zdąłżyła zauważyć biegnącego w stronę pola Harry'ego.
- Co to było? - zapytała przestrzeń Molly.
Bo oto moment temu drzwi okropnie trzasnęły.
Kobieta wyszła więc na hall i spojrzała w tamtym kierunku. W pomieszczeniu nie było nikogo.
- Jeśli się ukrywasz, wyjaw się. Nie boję się Ciebie - zaczęła majaczyć pani Weasley.
- Mamo, czy nie widziałaś mojego swetra? Tego czer...MAMO! Co Ci się stało?! - zapytała jedyna córka państwa Weasley'ów, Ginny. Widząc matkę, której oczy wytaczały błędne koło, zbiegła ze schodów.
- Mamo! Co się stało!? - powtórzyła pytanie, teraz już na tyle głośno, aby dało się je słyszeć na górze.
- Co się tam dzieje? - zapytał Ron, słysząc krzyki dobiegające z dołu. Ziegł ze schodów, a za nim Hermiona.
- Mamo! - krzyknął podbiegając do swojej matki - Ginny, co się stało? - zapytał zwracając się do siostry. Próbował zachować zimną krew, lecz z trudem mu się to udawało.
Naszczęście w domu pojawił się pan Weasley, i zabrał swoją żonę do Szpitala Świętego Munga.
W domu od godziny panowała narada:
- Co się takiego stało, że mama zemdlała i zachowywała się tak...dziwnie, nieobecnie... - zapytała Ginny, ze strachem w głosie, mówiąc cicho i delikatnie.
- Coś ją musiało przestraszyć...może raczej ktoś... - powiedział Ron.
- Hermiono, dlaczego nic nie mówisz? - przerwała ciszę Ginny.
Lecz Hermiona nie brała udziału w rozmowie. Myślami była bardzo daleko.
Kuchenne okno, wychodziło na zachód, dokładnie w kierunku polany.
To właśnie w tamtym kierunku Hermiona patrzała. To właśnie tam, młody bo siedemnastoletni chłopak, o kruczoczarnych włosach spędzał trzecią godzinę rozmyśleń. Harry Potter. Chłopiec, który przeżył.
Wybiła godzina szósta, kiedy pan Weasley przyszedł do domu. Twarz miał zmęczoną, jakby wychudłą, która w blasku świecy wyglądała na zapadniętą.
- Jak mama? - zapytała natychmiast córka, owego mężczyzny.
- Dostała załamania nerwowego. Trochę potrwa, zanim się pozbiera fizycznie.
Lekarze mówią jednak, że uraz psychiczny może zostać do końca życia. Będzie dobrze - pocieszał dzieci pan Weasley.
- Zrobię kolację - powiedział ochoczo Ron i podszedł do kuchni.
- Zaraz wracam - powiedziała Hermiona, po czym wyszła z domu.
Ginny odprowadziła ją wzrokiem. Było widać, że idzie w stronę łąki.
Hermiona jednak szła w stronę ilekiego buku, po prawej stronie polany.
Usiadła przy drzewie, opierając swoją głowę na pniu, przy korzeniach.
Posiedziała chwilę w milczeniu, ponieważ ktoś zagłuszył tą ciszę.
- Hermiona? Co ty tutaj robisz? - usłyszała znajomy głos.
- Odpoczywam, Harry - powiedziała dziewczyna. Nie musiała patrzeć. Wystarczyło, że poznała jego głos.
Chłopak nic nie mówiąc usiadł koło niej.
- Wiesz, że tutaj jest niebezpiecznie? - zapytał Harry.
- I kto to mówi? - zapytała Hermiona.
- Faktycznie, masz rację. Ale ja się martwię o Ciebie.
- Naprawdę, no co ty nie powiesz... - zaczęła żartować sobie dziewczyna.
- Nic nie powiem...
I zaczęli zachowywać się jak dzieci. Turlać się po zborzu, krzyczeć na całe gardło.
Nagle, może po minucie, może po godzinie wszystko ucichło.
Oboje wstali, zbliżając się ku sobie. Zachód słońca był piękny; czerwono - różowe niebo, lekkie, białe obłoki pływające po niebie. A oni w tej pięknej scenerii zblizali się do siebie. Hermiona spojrzała w te zielone oczy, kłębiące naturalny zieleń. To one ją przyciągały. Byli za blisko siebie. I stało się. Dziewczyna zamknęła oczy. Chciała delektować się tą chwilą. Chwilą, która może już nigdy się nie powtórzyć.
- Hermiono - szepnął Harry przerywając pocałunek - dziękuję.
- Za co? - zapytała dziewczyna.
- Za twojego ducha. Za to, że...jesteś.
I wrócili do domu. Harry przeprosił Weasley'ów za swoje zachowanie.
- To przezemnie - powiedział - gdyby nie ja, pani Weasley nie znalazłaby się w szpitalu. Przepraszam - dodał.
- Ależ Harry - powiedział Pan Weasley - u Molly wyktryto wadę serca, która postępuje od dwóch lat. To był pierwszy atak. Musiało tak być. To nie twoja wina.
- Ale... - chciał poprawić zdanie pana Weasley'a Harry.
- Żadne ale nie pomoże. To nie twoja wina...
- Kolacja gotowa - rzekł Ron, przerywając im rozmowę.
Usiedli do stołu. Na kolację były kanapki i herbata.
- Ron, nie mogłeś nic lepszego wymyślić? - zapytał pan Weasley i ruszył w stronę kuchni.
- Panie Weasley, proszę usiąść. Najemy się tym co jest - powiedziała Hermiona.
Po kolacji przyszedł czas na gorącą czekoladę i kąpiel.
- Jutro pojedziemy na Pokątną po książki - oświadczył pan Weasley - Harry? Czy mogę z tobą zamienić słowko?
Harry i mężczyzna zostali w kuchni sami. Artur starał się nie owijać w bawełnę, i od razu przejść do rzeczy.
- Harry, chodzi o dom na Grimmauld Place 12. A dokładnie o Bellatriks Lestrange. Ron mi mówił jak zareagowałeś na wiadomość o...
- Panie Weasley, ja...ja nie chcę tam wracać - rzekł Harry, po czym spuścił wzrok.
- Coż. To twoja wola. Porozmawiamy o tym jutro. A teraz zmykaj. Idź spać.
Harry odszedł. Poczuł silną więź między słowami "chcę" i "nie chcę".
Nie wiedział co ma powiedzieć. Został na noc u Weasley'ów, jak zresztą i Hermiona.
Wspinając się po schodach nie słyszał nic, prócz cichego tykania zegara dziadka Weasley, stojącego na półpiętrze. Nie było na świecie bardziej irytującego dźwięku dla Harry'ego.
Kiedy w końcy wszedł do jaskrawopomarańczowego pokoju Rona, na którego ścianach odbijał się księżyc wchodzący tam przez niewielkie okienko, przyjaciel spał. Tak przynajmiej wydawało się Harry'emu, który bez słowa położył się na łóżko polowe i zasnął.
Następnego dnia ni stąd, ni zowąd obudził go Ron, mocno szturchając go w ramię.
- Co chcesz? - zapytał się Harry ziewając.
- Harry. Moddy kazał mi Ciebie obudzić. Czeka na dole - rzekł rudowłosy po czym opuścił pokój.
Chłopak nie ubierając się nawet, zbiedł po schodach bosymi stopami. Chłód pod nimi go zamrażał,
ale on gnał dalej z jednym, jedynym pytaniem w głowie "Czego chce Moddy o tak wczesnej porze?". Gdy znalazł się w wietrznej kuchni przy stole siedzieli rozmawiając Lupin i Alastor Szalonooki Moddy. Kiedy go zobaczyli przerwali rozmowę i Szalonooki powiedział:
- Potter, dlaczego nie chcesz przyjąć daru, który ofiarował Ci Twój ojciec chrzestny??
- Panie profesorze. Nie mogę...tyle wspomnień. Tylko to sprawiłoby mi więcej bólu...myśl o Syriuszu - z trudem te słowa wydobyły się z ust siedemnastolatka.
- Harry, zastanów się. Syriusz nigdy nie wróci. Te wspomnienia są nikłe, jak sieć pajęcza.
Gdy ją przerwiesz, pająk umiera. Tak samo było z Łapą. To Bellatriks przerwała dzieło Syriusza.
I dokończyła dzieło swego Mistrza. Od tej pory Voldemort jest bliżej Ciebie.
- Ma pan rację. Ale...te wszystkie obrazy, gobeliny, porcelana...
- Trzeba będzie zrobić z tym porządek - powiedział Alastor - przepraszam na chwilkę - dodał i wyszedł z pomieszczenia.
Nastała martwa cisza, przerywana cichym, odległym śpiewem skowronków.
Ową ciszę przerwał łoskot otwieranych drzwi kuchennych.
- Dostałem właśnie wiadomość, że własność Pottera jest czysta - rzekł Moddy - wysłałem tam kilku aurorów żeby sprawdzili teren domu na Grimmauld Place 12 - wytłumaczył Harry'emu.
I obaj z Lupinem wyszli. Wtedy w drzwiach pojawił się Ron z Hermioną i Ginny.
- O co chodzi? - zapytał rudowłosy, po czym cała trójka usiadła naprzeciw Harry'ego i zaczęła słuchać opowieści. Tymczasem pod stołem nogi zielonookiego wciąż go piekły...
***
- Harry, a jesteś pewien, że chcesz tam WRACAĆ? - zapytał Ron trzy godziny później, gdy on, Harry i Hermiona szli do pobliskiej wioski po zakupy.
- Tak jestem tego pewien. Choć niepewne są środki zabezpieczeń. Ale czuję że pomimo niebezpieczeństwa będę tam szczęśliwy.
- Ale jakoś nie wyglądasz na szczęśliwego z tego powodu - rzekła Hermi - dobrze się czujesz?
- Nie za bardzo. Rano kiedy mnie obudziłeś - tu zwrócił się do Rona - zbiegłem na dół bez skarpetek. I chyba się przeziębiłem.
Doszli do sklepu. Weszli do środka i stanęli w kolejce do lady.
- Nie mówcie lepiej nic - szepła Hermiona - pamiętajcie że znajdujemy się w mugolskim sklepie.
- Pamiętamy - powiedzieli chórem Ron i Harry.
Wszyscy spojrzeli się w ich stronę. Postanowili w ogóle się nie odzywać.
Gdy zrobili zakupy i wyszli ze sklepu, mogli spokojnie rozmawiać na różne tematy.
- Musimy zrobić obiad dla siebie, bo tata wróci około 19.00
- To lepiej zabierzmy się do tego od razu. W końcu jutro wyjeżdżamy - powiedziała Hermiona.
- Mam prośbę. Czy pojedziecie jeszcze dziś ze mną na Privet Drive po rzeczy? Chcę się z nimi pożegnać - rzekł Harry.
- Po tym wszystkim co Ci zrobili? - zapytał Ronald.
- Przemyślałem to co powiedział Dumbledore. Oni dużo zrobili zostawiając mnie u siebie w domu po tym jak zginęli moi rodzice. Że mnie nie oddali do Domu Dziecka.
- Masz rację Harry - przyznała Hermiona - będziesz ich odwiedzał?
- Myślę że tak. W końcu starali się mnie dobrze ubrać, żebym nie chodził brudny, karmili mnie, żebym nie chodził głodny. To ja zwykle nawalałem - powiedział Harry i poczuł wielki kamień winy w swoim żołądku. Ja...
- Nie ma się czego wstydzić - powiedział Ron - każdy popełnia błędy w swoim życiu.
- Święte słowa.
Doszli do krzywego domu, na środku wielkiego pola. Przy płocie stała wielka taliczka z napisem NORA. Weszli do środka.
- Ginny, wróciliśmy - krzyknął Ron, i wszedł do kuchni.
- Idę, idę - usłyszeli wołanie z góry siostry Rona.
Ginn pojawiła się na dole w zaskakującym tempie, zupełnie jakby się teleportowała, po czym pomogła bratu rozpakować zakupy.
- Ginny i Hermiono, zostańcie w domu. Ja z Harrym szybko załatwimy sprawę z bagażem.
Postaramy się, żeby wrócić w trakcie godziny.
Wyszli na zewnątrz z domu, po czym przeteleportowali się.
Znaleźli się na cichej ulicy Privet Drive.
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(38) skomentuj
Wesołych Świąt!
niedziela, 24 grudnia 2006, 23:01:52
Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia,
życzę wszystkim duuużżo prezentów,
uśmiechu na codzień, i białego śniegu.
Aby te święta były szczęśliwe i pełne zdrowia.
Pozdrawiam.
PS. Notka w budowie - nowość jutro lub we wtorek;]
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(2) skomentuj
Prolog.
niedziela, 26 listopada 2006, 19:22:18
DO EDYCJI!!
Plum, plum! Takie odgłosy dały się słyszeć w pokoju na drugim piętrze,
w domu przy ulicy Strenall Bridge 4.
Ulica ta, znajdowała się w miasteczku Oxford, gdzie mieszkała jedna z najwybitniejszych czarownic swojego roku - Hermiona Granger.
Owa siedemnastoletnia czarownica względami przypominała swoich rodziców.
Jane i Peter Grangerowie byli parą, która wyróżniała się wysoką klasą umysłu, ciepłemi sprawiedliwością, którą dażyli swoją jedyną córkę. No i byli dentystami.
Kiedy ich córka miała dziesięć lat, jeszcze marzyli o tym, aby ona odziedziczyła taki sam zawód,
jaki mieli jej rodzice. Jednak pewne wydarzenie nie pozwoliło przenieść tego marzenia w rzeczywistość. Było to dokładnie siedem lat temu, w tym samym domu, w którym teraz żyje Hermiona Granger. Dnia 20 lipca w salonie państwa Grangerów bardzo spokojnie.
Jak to bywało w wakacje, cała rodzina wybierała hotel w Hiszpanii, w którym spędzą tegoroczne wakacje.
- Tak, tak 5 gwiazdek. Hmmm...chyba ten - powiedziała Jane Granger wskazując na zdjęcie.
- A może jednak ten? - zapytał jej mąż. Dziesięcioletnia Hermiona Granger spojrzała wymownie w okno. Nie lubiła, kiedy jej rodzice sprzeczają się o taką drobnostkę.
Jednak za oknem było coś, co przykuło uwagę dziewczynki.
- Sowy?? O tej porze dnia? - pomyślała. Była bardzo mądra i nie dawało spokoju jej tak młodemu umysłu pytanie. Szturchnęła ramię taty i bez słowa spojrzała w okno. Ojciec popatrzył w tym kierunku. Wielki, brązowy puchacz leciał w ich stronę niosąc jakiś list, przywiązany do nóżki.
Po chwili sowa usiadła na parapecie okna i zaczęła stukać dziobem o szybę.
Peter podszedł do okna i otwarł je.
Sówka wleciała do salonu, usiadła na kolanie Hermiony i podniosła nóżkę, do której przywiązany był list. Dziewczyna nie wiedziała jak ma się zachować w tej sytuacji.
Jednak dzielnie odwiązała list. Beżowa koperta zalakowana jakimś godłem, pod którym widniał napis: HOGWART.
- Hmmm...ciekawe, co to? - pomyślała i obróciła kopertę. Była zaadresowana do niej.
W.P. Hermiona Granger
Strenall Brigde 4
Salon państwa Grangerów
Oxford, Surrey.
Wiedząc, że był zaadresowany do niej, oderwała pieczęć i otwarła kopertę.
Wewnątrz znajdowały się trzy kartki. Jedną z nich był jakiś bilet.
Hermiona przyjrzała mu się uważnie:
Express Londyn - Hogwart
Peron 9 i 3/4
Godzina: 11.00
Dworzec King Cross
- Mamo, czy jest na dworcu King Cross peron 9 i 3/4? - zapytała dziewczynka, choć doskonale znała odpowiedź.
- Nie ma córeczko.
- Cóż - pomyślała Hermiona i rozłożyła kolejną kartkę. Jej treść była następująca:
Szanowna panno Granger!
Uprzejmie informujemy, że została pani przyjęta
do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Ponieważ pochodzi pani z rodziny mugolskiej, przyślemy
do pani jednego z naszych prefektów.
Lista rzeczy potrzebnych do naszej szkoły umieszczona jest poniżej.
Express Londyn - Hogwart odjedzie z peronu 9 i 3/4 1 września.
Prosimy o odesłanie sów do 31 lipca.
Z poważaniem Minerwa McGonagall
Zastępca dyrektora.
- Mamo, prima aprilis było w kwietniu! Ale żart wam się udał! - powiedziała Hermiona śmiejąc się.
Tyle rzeczy Hermiona zapamiętała z wcześniejszych lat,
kiedy to została przyjęta do Hogwartu.
Teraz zaczynając siódmy, ostatni rok nauki w tej szkole, nie powiedziałaby, że to żart.
Podczas tych sześciu lat wydarzyło się dużo rzeczy. Wiele smutnych, zaskakujących i wspaniałych wspomnień. Tyle pożytecznych zaklęć się nauczyła. Po co?
Po to, żeby stoczyć walkę. Walkę, o śmierć i życie. O honor.
Razem ze swoimi przyjaciółmi potrafili pokonać wroga. Ale ponosili też klęski.
Harry stracił wielu przyjaciół. Był o krok od straty najlepszej przyjaciółki. Hermiony.
Ale na szczęście wyszła z tego cała.
Była prefetką. Jedną z najlepszych. Chciała być najlepszą. Jednak nie zawsze jej się to udawało.
Zawsze była w cieniu; najpierw swoich rodziców, później przyjaciół. Chciała im dorównać.
I udało jej się to. Dopięła swego celu. Mając piętnaście lat została prefektem. Razem z Ronem.
Zraniła tym samym Harry'ego. Zadawała sobie wtedy pytanie: Dlaczego Ron a nie Harry?
Odpowiedź była niestety prosta: Dumbledore nie chciał zrzucać więcej obowiązków na Harry'ego.
I szósty rok Hogwartu nadszedł. Ciężki rok. Pełen zdrady, bólu, niechęci. To co stało się na końcu przechodzi wszystko. Dumbledore nie żyje.
Myśląc o tym wszystkim Hermiona Granger siedziała na krześle przy parapecie. Ściskała w ręce kawałek papieru. Był to list.
Szanowna panno Granger!
Uprzejmie informujemy, iż Rada Nadzorcza Hogwartu
podjęła decyzję, że Szkoła Magii i Czarodziejstwa nie zostanie zamknięta.
Z poważaniem Minerwa McGonagall
Zastępca dyrektora.
Ściskała ten list w zaciśniętej dłoni. Płakała.
Wiedziała że tam powróci. Nie na zawsze. Ale na trochę. Prędzej czy później...
Na dworze, deszcz siekł twarz Harry'ego Pottera oddalonego od miasteczka Oxford o 50 kilometrów. Postanowił spędzić ten ostatni spacer na ulicy Privet Drive.
Już jutro miał opuścić ten dom. Wybrał się więc do najbliższej mu czarodziejki. A właściwie charłaczki Arabelli Doren Figg, która mieszłała po drugiej stronie ulicy.
Szedł właśnie przez drogę, myśląc o tym, co będzie go czekać, gdy opuści już dom wujostwa.
Doszedł wreszcie do uliczki i zadzwonił w dzwonek.
~***~
Tymczasem Hermiona Granger siedząc ciągle przy parapecie,
usłyszała walenie w okno.
Sówka. Dziewczyna otwarła delikatnie okno, a sowa wleciała do pomieszczenia.
- Ciekawe od kogo? - pomyślała bohaterka i rozerwała kopertę.
Kochana Hermiono!
Mam nadzieję, że w te wakacje również przyjedziesz do mnie.
Pomimo tego, że wracamy do Hogwartu, mam nadzieję że tym razem odpuścisz sobie tyle nauki.
Przyjadę po ciebie 22 lipca o godzinie 15.30.
Ufnie czekam, Ronald.
- Kolejne wakacje u Rona... - mruknęła Hermiona i odrazu humor się jej polepszył,
znikł smutek z jej twarzy, ustąpił wielkiej radości.
EDIT.
Witajcie,
zapomniałam dodać krótki komentarz pod tą notką.
Więc mam nadzieję że będzie dużo komentów,
bo bez minimum 20 nie będzie nowej notki!;]
I zapraszam
tutaj na bloga zdesperowanej nastolatki. Czytajcie i komentujcie (to nie jest mój blog!!).
Kończę papa:*
{żadna wielka miłość nie umiera do końca. nasza przetrwa. H/Hr.}
(19) skomentuj
ODSŁONA
Okładkę graficzną wykonałam samodzielnie z pomocą zdjęć
emmaempire.net,
ciekawych
pędzli oraz chęci zmiany szablonu.
Reszta powstała przy wspaniałych
cytatach, muzyce i parunastu innych, jakże ważnych czynników.
Przypominam, że treść przepowiedni i opowiadania jedt moim wytworem, podobnie jak szablon, więc jeśli gdziekowiek i
kiedykowiek je gdzieś zobaczę to skończy się dobroć. Przykazanie siódme mówi: Nie kradnij!
© Copyright zakochana-hermi.mylog.pl 2006-2008.
Alventine